wtorek, 30 grudnia 2014

Książki, dzięki którym serce bije szybciej #2014

Witam Was serdecznie w tę piękną śnieżną pogodę i zapraszam na przegląd najwspanialszych, najpiękniejszych, najbardziej wzruszających i wstrząsających książek 2014 roku. W przeddzień Sylwestra przychodzę do Was również z innego powodu, ale o tym dowiecie się na samym końcu :)



Tak trudno było wybrać najlepszą dwunastkę, bo 2014 rok nie obfitował jedynie w dobre powieści i aż sama jestem zdziwiona, że udało mi się znaleźć takie perły w tym oceanie bezguścia i schematu. Tak prezentują się najlepsze z najlepszych:

1. Cień Wiatru i Gra Anioła - książki, które zapamiętam do końca życia. Carlos Ruiz Zafon stał się moim ulubionym pisarzem, i choć mam czasem gorsze dni i niektóre jego pozycje do mnie nie trafiały (jak Pałac Północy) doceniam każde jego zdanie, które jest mi dane przeczytać. Dzięki niemu istnieje inny, lepszy świat, do którego ja - jako czytelnik - mam dostęp i możliwość powrotu w każdej chwili. Cmentarz Zapomnianych Książek mógłby być moim domem.

2. Szukając Alaski - najlepsza powieść pana Greena i moja ulubiona książka, mająca honorowe miejsce na półce. Te trochę ponad 300 stron, mówiąc banalnie, zmieniły moje życie i patrzenie na świat. Dostałam ją od przyjaciółki i to chyba pewnego rodzaju znak, ponieważ inną książkę Greena dostałam od drugiej przyjaciółki i też pokochałam. Gdybym miała wybrać the best of byłaby nią Szukając Alaski albo Cień Wiatru.

3. Trylogia Delirium - czyli coś o miłości. Jestem bardzo wdzięczna Lauren Oliver za te trzy powieści. Każda z nich wstrząsnęła mną, odwróciła świat do góry nogami i wskazała właściwą drogę.

4. Diabelskie maszyny - tę trylogię będę wspominać bardzo długo i bardzo miło, mimo zakończenia, za które mam ochotę zabić autorkę. Jedyny trójkąt miłosny, który pokochałam i zaakceptowałam oraz humor pani Clare - ci, którzy czytali, wiedzą :)

5. Bliżej słońca - wszystkie powieści pana Evansa uwielbiam, kocham i czczę ponad wszystko, ale to właśnie ta książka zdobyła moje serce na zawsze. Jest miłość. Jest piękna historia. Jest Peru. Czego chcieć więcej?

6. Bóg nigdy nie mruga - pierwsza książka typowo poradnikowa, której nie chciałam wyrzucić przez okno - wręcz przeciwnie, zaprosiłam do środka i zapewniłam miejsce na półce, a ta odwdzięczyła mi się cudownym tekstem, 50 niesamowitymi lekcjami i miłością. Coś niewiarygodnego, naprawdę.

7. Rok 1984 - jestem pewna, że kiedyś do niej wrócę. Jak będę mądrzejsza, starsza, dojrzalsza... To książka z przesłaniem, coś, co uwielbiam, choć nie zawsze potrafię się do tego przekonać. Wiele dała mi do myślenia i ukształtowała pewną cząstkę... mnie samej.

8. Złodziejka książek - najpiękniejsza historia z II Wojną Światową w tle. O dziewczynce, o książkach i o słowach, które unoszą się w powietrzu po ich wypowiedzeniu. O czekoladzie, o Mein Kampf i o Śmierci. O życiu i o tym, co z niego pozostanie. O tych, których możemy nazwać ludźmi. O Złodziejce książek.

9. Niezbędnik obserwatorów gwiazd - wszystkie książki Matthew Quicka naprawdę bardzo, bardzo lubię, ale ta jest jedną z tych dwóch wyjątkowych. Kocham w niej wszystko i uwielbiam wracać do ukochanych fragmentów, bo powoduje przypływ energii i skok naprzód, choćbym nie wiem w jak wielkim dołku była.

10. Prawie jak gwiazda rocka - również Matthew Quicka i również cudowna, niesamowita i jedyna w swoim rodzaju. Wraz z nią kiełkuje nadzieja i pojawia się szansa na lepsze jutro, nawet jeśli wczoraj było koszmarne. Piękna opowieść z pięknym klimatem, pięknym językiem i pięknym zakończeniem.

11. Hopeless - czyli jak przekonałam się do New Adult. To właśnie po niej miałam wielkiego kaca książkowego, a po domu snułam się jak duch, siedząc w piżamie przez cały dzień i ubolewając, że nie mam takiego Holdera. Cudo.

12. Baśniarz - (last but not least) historia, którą pokochałam i znienawidziłam. Nie ma słów, opisujących moje uczucia względem tej książki. To po prostu trzeba przeczytać.

Oto zaszczytna dwunastka najlepszych książek 2014 roku. Na początku wspominałam, że ranking powieści to nie jedyny powód, dla którego się dzisiaj tutaj zjawiam. Mam w planach konkurs noworoczny - jak on będzie przebiegał, jakie książki będą do wygrania i kiedy się pojawi, dowiecie się niebawem. Mam nadzieję, że zorganizuję się szybko i dam radę dodać konkursowy post jeszcze do końca tego tygodnia.Trzymajcie się ciepło i udanego Sylwestra! :)

poniedziałek, 29 grudnia 2014

040. W śnieżną noc






Tytuł: W śnieżną noc
Tytuł oryginału: Let it snow
Autorzy: Maureen Johnson, John Green, Lauren Myracle
Ilość: 312 stron
Wydawnictwo: Bukowy Las







Niektóre Święta przebiegają cicho i spokojnie. Na zewnątrz ani grama śniegu, trawa zieleni się jak nigdy, a świąteczną atmosferę można znaleźć jedynie przy przystrojonej choince, kubku aromatycznej herbaty z pomarańczą i goździkami lub pomagając w przygotowaniach do Wigilijnej Wieczerzy. Są jednak takie Święta, w których biały puch nie jest wyłącznie zmrożonym cukrem pudrem, a pobyt na dworze bez rękawiczek może skończyć się skostniałymi palcami - właśnie tak Boże Narodzenie spędzają bohaterowie trzech powiązanych ze sobą opowiadań autorstwa Maureen Johnson, Johna Greena i Lauren Myracle, zamykające się w jednej książce, zatytułowanej W śnieżną noc. Jaką rolę odegra śnieg w tegorocznych Świętach głównych postaci i czy warto było wychodzić z domu, kiedy zaspy dorównują wzrostem Świętemu Mikołajowi?

Przyznam szczerze, że miałam ochotę na tę książkę z jednego oczywistego powodu, a nazywa się on John Green. Każdą jego powieść traktuję z nabożną czcią, czy jest to niesamowita Szukając Alaski czy nieco gorsza 19 razy Katherine, jednak nie zmienia to faktu, że z przyjemnością przeczytałam pozostałe dwa opowiadania innych autorek. Z początku sądziłam, że fabuła będzie zbyt banalna, by mogła mnie do siebie przekonać - zasypane miasteczko, troje młodych bohaterów walczących ze śniegiem i wiele "niespodziewanych" sytuacji, które zdarzają się po drodze. A mimo to zdecydowałam się dać jej szansę. Co z tego wyszło?

Pierwsze opowiadanie, autorstwa Maureen Johnson, było najsłodsze, najbardziej romantyczne i, nie oszukujmy się, chyba najlepsze z całej książki. Wprowadziło cudowny, świąteczny klimat, zapach pierników, przyozdobionej sosny stojącej w kącie salonu, a w sercu pojawiły się ciepło i nadzieja. Styl lekki, nieskomplikowany, bardziej potoczny, ale przez to łatwiejszy w odbiorze dla młodszego czytelnika. Ciekawie poprowadzona akcja i urocze, choć nieco przewidywalne zakończenie całkowicie mnie przekonało - idealna historia na Święta!

Druga część najbardziej mnie rozczarowała (chociaż nie była najgorsza) - mowa tu o "Bożonarodzeniowym cudzie pomponowym" autorstwa mojego ulubionego Johna Greena. Spodziewałam się fajerwerków, mnóstwa emocji i niezapomnianych wrażeń - niestety zapomniałam, że ta historia nie jest w stanie zapewnić mi tego wszystkiego na ledwie stu stronach, przez co skończyła się szybciej niż wypiłam kubek herbaty, pozostawiając we mnie ogromny niedosyt i gorzkie rozczarowanie. To wciąż nasz stary, kochany autor Gwiazd naszych wina, jednak w znacznie skróconej wersji i wierzcie lub nie, ale w trakcie czytania bardzo ubolewałam nad tą skróconą wersją.

Ostatnia część nie przypadła mi do gustu, głównie ze względu na spłyconą akcję i sztuczne zakończenie. Opowiadanie napisane przez Lauren Myracle miało w sobie potencjał, ale autorce chyba nie do końca wyszło to, co miało wyjść. Głowna postać bardzo mnie irytowała, dlatego też cała historia została spisana przeze mnie na straty, ponieważ wszystko kręci się wokół jednej i tej samej osoby - przecież nie o to chodzi w Świętach, prawda? Z pozoru nie mogłabym nic zarzucić temu opowiadaniu, ale im głębiej wchodziłam, tym paradoksalnie płytsza wydawała się całość i... nie, zdecydowane i stanowcze nie.

Naprawdę polecam - głównie ze względu na tę pierwszą historię (z pewnością sięgnę po inne książki tej autorki, bo jej styl naprawdę przypadł mi do gustu), ale jeśli nie macie wygórowanych oczekiwań względem Greena i przymykacie oko na denerwujących bohaterów (patrz: trzecie opowiadanie) W śnieżną noc Wam się spodoba. Nie jest idealna, ale na Święta lub po nich, kiedy chcecie poczuć zapomnianą, świąteczną atmosferę, będzie bardzo dobra i jestem pewna, że miło spędzicie czas przy jej czytaniu :)

Moja ocena: 
8/10

sobota, 20 grudnia 2014

Tag: Święta według książkoholika

Hohoho! Czy są tu jakieś grzeczne dzieci?

 źródło: tapeciarnia.pl


Mikołaj już minął, ale przed nami jeszcze najpiękniejsze święta w roku, czyli Boże Narodzenie. Domy już posprzątane? Kolędy przygotowane? Kevin nagrany na DVD? U mnie wszystko powolutku idzie do przodu, pochwalę się nawet, że regał z książkami już skończyłam doprowadzać do stanu używalności (kto by pomyślał, że tyle kurzu może się mieścić na tak stosunkowo małej przestrzeni?), ale jest czas na sprzątanie i czas na odpoczynek, więc teraz chciałabym zaprosić Was na typowo świąteczny tag, który został stworzony przez Esę: Święta według książkoholika.
Enjoy!

Który bohater literacki mógłby zająć puste miejsce przy twoim wigilijnym stole?
  Hmm, trudne pytanie, ponieważ jest kilka postaci, które z wielką chęcią widziałabym obok siebie w ten piękny wieczór, ale zdecyduję się tylko na jedną i będzie nią MaryAnne z książki Najcenniejszy Dar autorstwa Richarda Paula Evansa. Ta kobieta od początku skradła moje serce - jej wrażliwość, dobroć serca i miłość działały na mnie kojąco i przekonały, że nawet najzwyklejsze święta Bożego Narodzenia mogą być wyjątkowe.

Jaką książkę zamierzasz czytać podczas tegorocznych świąt Bożego Narodzenia?
To jest chyba jedno z moich ulubionych pytań w tym tagu, ponieważ nie od dziś wiadomo, że uwielbiam planować co, gdzie, jak, kiedy, dlatego też i na przerwę świąteczną mam już przygotowaną listę książek, które zabieram ze sobą do dziadków. Mam na niej: Władcę Pierścieni Tolkiena, za które zabieram się od dwóch lat, teraz będzie trzecie podejście (i mam nadzieję, że ostatnie); Czysty obłęd Marka Lamprella, ponieważ zapowiada się naprawdę obiecująco; Złodzieje nieba Petera Prange - najwyższy czas wreszcie się za nią zabrać, bo na półce leży już od lipca oraz Jesteś cudem Reginy Brett. Jeśli uda mi się przeczytać to wszystko w ciągu zaledwie dwóch tygodni (do skończenia zostało mi jeszcze W śnieżną noc autorstwa Lauren Myracle, Johna Greena i Maureen Johnson), to będę usatysfakcjonowana :)

Jaką książkę podarowałbyś/abyś najbliższej Twojemu sercu osobie?
 Jedną z moich ulubionych książek jest Szukając Alaski już wyżej wspomnianego Johna Greena, jednak nie wydaje mi się odpowiednia na prezent gwiazdkowy. Sądzę, że najlepszym wyborem byłby Cień wiatru Zafona, który jest bardzo, bardzo wyjątkowy i na pewno spodobałaby się osobie, o której teraz myślę.

Najchętniej zjadłbyś/abyś kolację wigilijną przygotowaną przez którą bohaterkę/bohatera literackiego?
 Nad tym pytaniem nie musiałam się długo zastanawiać, ponieważ jest tylko jedna taka osoba, której potrawy mogłabym zjeść bez szemrania i jest to pani Irenka z książek Anny Ficner-Ogonowskiej. Kto czytał, ten wie - kto nie czytał, niech natychmiast nadrobi zaległości! Pani Irenka to postać pełna trosk, ale także ciepła, miłosierdzia i rad dla bliskich. Bez niej Święta to nie Święta.

Jaką książkę chciałbyś/abyś dostać pod choinkę?
Jest naprawdę wiele, wiele książek, które chciałabym dostać pod choinkę, ale gdybym miała wybrać jedną, byłoby to Miasto z lodu Małgorzaty Wardy. Słyszałam o niej bardzo dobre opinie i z chęcią bym się przekonała, czy są prawdziwe.

Jaką książkę o prawdziwie świątecznym klimacie mógłbyś/abyś polecić?
Przy tym pytaniu miałam niemałe trudności, ponieważ jest dużo powieści z prawdziwie świątecznym klimatem, ale ja zdecydowałam się na dwie: Szukając Noel Evansa oraz Szczęście w cichą noc Anny Ficner-Ogonowskiej. Obie książki są piękne, wzruszające i magiczne, a nie potrafię wskazać jednej jedynej, więc zostanie tak jak jest.

Z rodziną z której książki chciałbyś/abyś spędzić święta?
Tutaj wybór był dziecinnie prosty, bo oczywiście jak spędzać święta, to tylko z Weasley'ami! Te cudowne rudzielce z Harry'ego Pottera potrafią rozweselić nawet największego smutasa na świecie, a każde Boże Narodzenie w ich towarzystwie to niezapomniane przeżycie. Ile bym dała, by spotkać chociaż jednego Weasley'a...

Co najbardziej lubisz w świętach?
Odpowiedziałabym, że spotkanie z rodziną, ciepłą atmosferę czy prezenty, ale minęłabym się z prawdą, bo najbardziej w świętach uwielbiam... jedzenie! O tak, moi drodzy, im jestem starsza, tym coraz mniej czuję ten świąteczny klimat, ale jedna rzecz się nie zmienia: pyszne wigilijne potrawy robione przez babcię. Palce lizać!

Twój ulubiony świąteczny film to...
Na początku na myśl przyszedł mi Kevin, ale chociaż jest najzabawniejszym filmem na świecie, moim ulubionym pozostanie Rudolf czerwononosy. W dzieciństwie oglądałam go tyle razy, że pewnego dnia przez wielokrotne odtwarzanie zacięła się płyta, a ja się rozpłakałam. Te święta wspominam jako najsmutniejsze właśnie przez ten drobny wypadek. Od tego czasu nie ufam już płytom i zazwyczaj oglądam filmy na stronach internetowych.

Co typowo świątecznego towarzyszy Ci podczas czytania?
Mandarynki! Są pyszne, świąteczne, słodkie i zdrowe, w końcu to owoce. Samo dobro, polecam i rekomenduję.

To wszystko ze świątecznego tagu. Zachęcam Was do zabawy, bo pytania wymyślone przez Esę są bardzo ciekawe i jestem pewna, że będziecie się równie dobrze bawić jak ja, odpowiadając na nie. 
Wesołych, książkowych świąt, kochani!
P.S. Czy ktoś widział/słyszał cokolwiek o śniegu? Jest wiele teorii spiskowych, ale jak dla mnie najbardziej prawdopodobną jest zatrzymanie zimowej pogody do kwietniowej premiery kolejnego sezonu Gry o tron. Motto przewodnie serialu to Winter is coming, więc nie zdziwiłabym się, gdyby przez całą kalendarzową zimę były roztopy, błoto i deszcz, a na wiosnę spadł śnieg. A Wy co o tym myślicie?

czwartek, 18 grudnia 2014

039. Legenda. Patriota





Tytuł: (Legenda) Patriota
Oryginalny tytuł: Champion
Autor: Marie Lu
Ilość: 352 strony
Wydawnictwo: Zielona Sowa

Z uwagi na to, że jest to trzecia część trylogii i wolałabym uniknąć spojlerów, tutaj macie link do opisu z tyłu książki. Pamiętajcie, czytacie go na własną odpowiedzialność.




Naprawdę nie sądziłam, że tak bardzo polubię tę historię. Rebeliant był dobry, Wybraniec był świetny, a Patriota idealnie zamknął losy June i Day'a, zostawiając mi kaca książkowego, co robi każda wyjątkowa książka. Mimo tego, że skończyły się wszystkie wątki i rozwiązało się wiele tajemnic, z wielką chęcią czytałabym dalej tę opowieść. I dalej. I dalej. I bez końca. Napawając się każdą chwilą z bohaterami i przeżywając z nimi kolejne przygody. Tak się nigdy nie stanie, ale... przynajmniej mogę polecić tę trylogię Wam i zachęcić do jej przeczytania. Dlaczego warto?

Trzecia część zachwycała i rozczarowywała jednocześnie. Zachwycała, bo  dopiero tutaj naprawdę doceniłam opisy, jakie zaserwowała nam autorka. Sama kreacja Antarktydy i panującego tam porządku, cała technologia, rozwinięty przemysł i pomysł, który od razu spotkał się z moją aprobatą, był pełen podziwu. Pani Lu należą się brawa, bo rzadko kiedy można spotkać coś tak dopracowanego - a jednocześnie nie na tyle nużącego, by po kilku stronach dać sobie spokój i przejść do dialogów.

Niestety, również rozczarowywała - zdecydowanie za dużo było "cierpienia" i "bólu". Nie mam tu na myśli fabuły, która rozwijała się całkowicie niezależnie od bohaterów, tylko pewne postaci, których zachowania były nie tyle że irracjonalne, co po prostu głupie i nie potrafiłam ich zrozumieć. Niszczyli wszystko, co budowali między sobą, a ich miłość momentami przypominała zakochanie typowe dla 14-latków - było to szalenie irytujące. Na szczęście po przemianie Day'a jestem w stanie wszystko im wybaczyć, nawet lekką niedojrzałość. Day nabrał wreszcie kolorów, szczególnie podoba mi się dodanie tych bardziej negatywnych cech, których w poprzednich częściach mu brakowało. W Patriocie już nie jest wyidealizowanym chłopcem-buntownikiem - to młody mężczyzna z wieloma porażkami, nieudanymi akcjami i przegranymi sprawami. Teraz nie wszystkie jego decyzje były właściwe, a wybory - trafne, przez co w moich oczach stał się prawdziwym człowiekiem - i za to wielki plus!

Nie sposób recenzować tę książkę i nie wspomnieć o bardzo dobrze dopracowanej fabule. Niektóre wątki kojarzyły mi się z Igrzyskami śmierci, chociaż sądzę, że to tylko ze względu na ten sam gatunek - antyutopijny - który przewija się teraz w większości powieściach dla młodzieży. Niemniej jednak było coś przyciągającego uwagę w Legendzie, niczym ćma lecąca do światła, ja również wpadłam w pułapkę zaskakujących zwrotów akcji. Przejmujące dreszcze i gwałtowne bicie serca towarzyszyły mi niezmiennie podczas czytania i muszę przyznać, że dzięki narracji 1-osobowej autorka świetnie potrafiła grać na emocjach czytelnika, zmuszając go zarówno do śmiechu jak i łez.

Niestety, wydaje mi się, że Wydawnictwo Zielona Sowa chyba całkowicie zlekceważyła sobie korektę całego testu. Było naprawdę dużo literówek, przez co czytanie Patrioty już nie było takie komfortowe i bardzo irytowało. Zauważyłam, że przy przewracaniu kolejnych stron lustrowałam wzrokiem zdania, czy nie natknęłam się na kolejny błąd, przez co nie skupiałam się na fabule. Oczywiście zdarzało się to już w poprzednich częściach, ale tutaj nasiliło się na tyle, że po prostu musiałam o tym wspomnieć, żebyście nie byli zaskoczeni.

Moje spotkanie z trylogią Marie Lu dobiegło końca i bardzo nad tym ubolewam. Raz było lepiej, czasem trochę gorzej, ale całość wspominam naprawdę dobrze i jestem bardzo zadowolona, że pod wpływem Cave Inimicum zdecydowałam się ją przeczytać. Podróż przez te 1000 stron była niesamowitym przeżyciem, z pewnymi bohaterami zżyłam się bardziej niż powinnam, a zakończenie było tak idealne, że chyba sama Rowling nie wymyśliłaby lepszego. Mam nadzieję, że uda Wam się chociaż sięgnąć po pierwszą część, bo wierzcie mi, naprawdę warto!

Moja ocena:
8/10

Rebeliant | Wybraniec | Patriota
_________________________________

Kochani, z okazji nadchodzącego Bożego Narodzenia chcę Wam życzyć zdrowych, wesołych i przede wszystkim książkowych Świąt! Żebyście spędzili je w rodzinnym gronie, otoczeni pysznym jedzeniem i tysiącami zapisanych stron. A na poprawę humoru piosenka, którą przez przypadek znalazłam na nowo założonym Spotify (aplikacja życia, mówię serio). Enjoy!


poniedziałek, 15 grudnia 2014

038. Prawie jak gwiazda rocka






Tytuł: Prawie jak gwiazda rocka
Tytuł oryginału: Sorta like a rock star
Autor: Matthew Quick
Ilość: 376 stron
Wydawnictwo: Otwarte









Pokochałam każdą książkę Matthew Quicka. Jego powieści młodzieżowe są nie tylko ciekawe i oryginalne, ale przede wszystkim bardzo dojrzałe. Po Poradniku Pozytywnego myślenia doceniłam autora i od tamtego czasu zaczęłam spoglądać przychylniejszym okiem na pozycje przeznaczone dla nastoletnich czytelników, ponieważ, nie oszukujmy się, często jest tak, że literatura skierowana do ludzi w moim wieku jest sztuczna, przerysowana i zbyt wyidealizowana, by w nią uwierzyć, co u mnie skreśla ją już na starcie. Na szczęście istnieją jeszcze tacy autorzy jak Matthew Quick, którzy przywracają wiarę w dobre książki i gwarantują miło spędzony czas przy ich czytaniu.

Z początku, czytając tę powieść miałam wrażenie, że jest zły dobór koloru okładki, ponieważ myśląc o nadziei mam przed oczami kolor zielony. Po dłuższym namyśle doszłam do wniosku, że jest dobrze, ale nie idealnie - okładka to akurat najmniej ważny szczegół, jednak warto o niej wspomnieć, bo niejako obrazuje treść całej książki. Widzimy dziewczynę, psa, rower a także włóczkę, która z kłębka przeobraża się w gwiazdę. Jest to dla mnie bardzo fajna i dość trafna interpretacja fabuły - detale pozostawię w spokoju, żeby nie zepsuć Wam przyjemności z czytania.

 Życie to bardzo długi wyścig, a na mecie człowiek znajduje się zazwyczaj sam.

Gdybym miała teraz wybrać książkę roku, miałabym ciężki orzech do zgryzienia, bo Prawie jak gwiazda rocka była na tyle dobra, że nie potrafię przejść obok niej ot tak, obojętnie, ba!, nie potrafię jej odłożyć na półkę i zapomnieć, jak wiele innych książek przed nią. Wzbudziła we mnie wiele emocji, prowadziła przez kręte ścieżki niedopowiedzeń, krążyła wokół jednego wątku, ale w sposób lekki, całkowicie nieskomplikowany dla nastoletniego czytelnika, jednak na tyle ciekawie, by mocno mnie zaintrygować. Co najbardziej się rzuca w oczy? Rzeczywistość, wręcz idealnie przeniesiona na karty powieści, dzięki czemu z łatwością utożsamiamy się z bohaterami, a jego problemy stają się naszymi. Bez kitu!

Główna postać, Amber Appleton, jest osobą, której nie da się nie lubić. Twórczyni niecodziennych pomysłów i innowacyjnych rozwiązań, pełna optymizmu i nadziei na lepszą przyszłość Amber to dziewczyna, która zna swój system wartości, jest dobrą przyjaciółką i nie poddaje się nawet w obliczu wielu przeszkód czy niepowodzeń. To przykład nastolatki, której wiara w Boga jest szczera i bezinteresowna, nie panująca na układzie "ja pójdę w niedzielę do Kościoła, a Ty sprawisz, że dostanę piątkę z jutrzejszego testu" - dzięki temu zyskała sobie moje uznanie i szacunek, ponieważ na palcach jednej ręki potrafię zliczyć młodych ludzi z takim podejściem do religii.

Prawie jak gwiazda rocka to książka kierowana bardziej do młodzieży, ale zarówno młodsi jak i starsi z pewnością docenią jej oryginalność, dojrzałość i ideę ciekawego podejścia do życia. Napełnia serce optymizmem i nadzieją, a lekki język i ciekawy styl nadają jej cechy powieści prawie idealnej. Dopełnieniem są nietuzinkowi bohaterowie i intrygująca fabuła, a także niespodziewane zwroty akcji, przez które jeszcze bardziej nie można się oderwać od losów Amber Appleton. Polecam z całego serduszka, to naprawdę coś pięknego! 

Moja ocena:
10/10

czwartek, 11 grudnia 2014

037. Baśniarz








 Tytuł: Baśniarz
Tytuł oryginału: Der Märchenerzähler
Autor: Antonia Michaelis
Ilość: 400
Wydawnictwo: Dreams







Zanim nakrzyczę na tę książkę, wymienię jej minusy lub w jakikolwiek inny sposób spróbuję zniechęcić Was do jej przeczytania, chcę napisać kilka słów odnośnie samych wrażeń. Baśniarz jest wyjątkowy w najbardziej niewyjątkowy sposób jaki znam. To rzeczywistość - coś, co każdy zna choćby z obserwacji własnego otoczenia. Coś, o czym wie. Coś co widzi. Ale często uciekamy w inne strony - strony naszych pragnień, zapominając o prawdziwym świecie. Nie sztuką jest jednak żyć samymi marzeniami i baśniami - sztuką jest odnaleźć się w tej szarej rzeczywistości, nawet jeśli okaże się zbyt bolesna.

Nigdy nie spodziewałabym się, że taka zwykła z pozoru książka wzbudzi we mnie tyle emocji. Najwięcej było wylanych łez - tak się składa, że skończyłam czytać na 20 minut przed moimi urodzinami, więc wśród gości wyglądałam koszmarnie, cała czerwona z opuchniętymi oczami. Ale warto było. Naprawdę.

 - Młoda damo, czy mogę służyć chusteczką. Pani płacze.
- Och, rzeczywiście. Widzi pan, a ja myślałam, że się śmieję. Jak bardzo można się pomylić.

Tytułowym bohaterem jest siedemnastoletni chłopak o imieniu Abel, który stroni od rówieśników, handluje narkotykami, wagaruje. Dla kontrastu pojawia się Anna - pokorna uczennica, dobra przyjaciółka i grzeczna córka. Przypadek sprawia, że zbliżają się do siebie, a dziewczyna odkrywa, że Abel ma jeszcze jedno oblicze: kochającego, opiekuńczego brata, snującego smutną, choć piękną opowieść. Czy jasna strona jego charakteru wystarczy, by przekonać do siebie Annę? I co jeśli baśń, którą opowiada Abel, okaże się prawdą?

Zanim zacznę się rozpływać nad Baśniarzem, pozwólcie mi trochę ponarzekać:: książka ma jeden poważny minus, który całkowicie zmienił do niej moje nastawienie. Sam początek z główną bohaterką był prawie idealny, potem Anna zrobiła coś, co kazało mi wyrzucić tę powieść przez okno (resztkami sił, ale się powstrzymałam). Od tamtego czasu irytowała mnie choćby wzmianka o niej, a sceny sam-na-sam z Ablem tolerowałam z bólem serca. Zaufajcie mi i nie przywiązujcie się do Anny, bo może Was spotkać gorzkie rozczarowanie.

Autorka miała świetny pomysł i bardzo dobrze wykreowała całą historię. Podczas czytania Baśniarza nic innego dla mnie nie istniało, poczynając od sprawdzianów i kartkówek, nie mówiąc już o tak trywialnych rzeczach jak przystanek, na którym powinnam wysiąść. Spotkanie z bohaterami było czymś niezwykłym, nawet jeśli nie do końca zaprzyjaźniłam się z każdym z nich. Miałam nadzieję na coś wstrząsającego i nie zawiodłam się. Co dziwne i jednocześnie najpiękniejsze - ta książka jest doskonała w swojej niedoskonałości. Im dalej się zagłębiałam, tym więcej wad dostrzegałam, ale zbywałam je machnięciem ręki. Są rzeczy, które można wybaczyć każdej historii, a ta była za dobra, by rozkładać ją na czynniki pierwsze - traktuję ją jako całość wzbudzającą wiele silnych emocji, dotykającą tych miejsc, o których sami byśmy się nie posądzili i zawierająca w sobie mocny przekaz, jaki - tego dowiecie się czytając tę książkę.

Język jest zaskakująco prosty, ale za to bardzo ujmujący. Czytelnik nie musi zastanawiać się nad trudniejszymi wyrazami, ponieważ zwyczajnie ich nie ma, jednak wszystkie niedoskonałości nadrabia dynamiczna akcja i napięcie towarzyszące podczas czytania, które wzbudzają w nas strach o głównych bohaterów i często wyciskają łzy z oczu. Najbardziej żałuję tego, że wiele wątków pozostało otwartych, mimo że ten główny zakończył się... dość nieprzewidywalnie. Z drugiej strony tej książki z pewnością nie zapomnę i teraz przynajmniej mam o czym myśleć przed snem*
*i wymyślać inne wątki w każdym z równoległych światów.

Baśniarz jest powieścią zaskakującą. Pomimo faktu, że wszystkie emocje już ze mnie opadły, wciąż mam dreszcze, kiedy pomyślę o zakończeniu. Intrygująca fabuła, nietuzinkowi bohaterowie (w szczególności młodsza siostra Abla - Michi), bardzo dobry warsztat pisarski autorki... czego chcieć więcej? Emocji? Proszę bardzo, i na nie znajdzie się z pewnością dużo miejsca. Tę książkę polecam wszystkim, ponieważ uważam, że każdy powinien ją przeczytać. Porusza trudne tematy, ale taka jest właśnie rzeczywistość - bolesna. I to na nią musimy być przygotowani przez całe nasze życie.

Moja ocena:
9/10

niedziela, 7 grudnia 2014

036. Jej wszystkie życia








Tytuł: Jej wszystkie życia
Tytuł oryginału: Life after life
Autor: Kate Atkinson
Ilość: 568 stron
Wydawnictwo: Czarna Owca







Podróż w czasie jest ostatnio jednym z głównych motywów, które przewijają się w powieściach. Spójrzmy prawdzie w oczy - kto nie chciałby dostać od losu drugiej szansy i cofnąć się do początków, by zapobiec wszystkim kłopotom i błędom, jakie w owym czasie popełnił? Ale czy ktokolwiek byłby zdolny do powrotu, wiedząc, że zmieniając przeszłość cała przyszłość stanie pod znakiem zapytania?

 W 1910 roku, podczas szalejącej w Anglii śnieżycy, przychodzi na świat dziewczynka. I umiera, zanim zdąży zaczerpnąć pierwszy oddech. W 1910 roku, podczas szalejącej w Anglii śnieżycy, rodzi się ta sama dziewczynka. I żyje, snując swoją opowieść.*
*opis pochodzi z tyłu książki

Zazwyczaj nie patrzę na autora przy wyborze książki i w tym wypadku również tak się nie stało, jednak już po przeczytaniu parunastu/parudziesięciu stron, zerknęłam na "skrzydełko" okładki, żeby sprawdzić kim jest osoba, która napisała Jej wszystkie życia. Nie popchnęła mnie do tego fabuła, bo pierwsza część książki miało mało wątków, które mnie ciekawiły, ale styl i język - zupełnie jakbym czytała ukochaną powieść z dzieciństwa. Było dużo przenikającego ciepła, codzienności, ale przede wszystkim podobieństwa, coś co już skądś znam, kojarzę i kocham. Może dlatego tak bardzo zżyłam się z tą historią i jej autorką. 

Powiedzmy sobie szczerze - początek był niezbyt interesujący. Męczyłam się czytając pierwsze rozdziały, które, o dziwo!, wcale nie dotyczyły bezpośrednio głównej bohaterki. Mogłam się spodziewać, że nie będzie tak kolorowo, bo powieść ma prawie 600 stron, ale liczyłam na porywającą akcję od pierwszych kartek. Tak nie było, ale... może i lepiej. Pani Atkinson nie spieszyła się, dzięki czemu wszystko było ładnie i prosto wyjaśnione, a wśród treści nie pojawiło się nic, co wzbudzałoby jakiekolwiek wątpliwości. Zabrakło mi tylko tego polotu, który chwyta czytelnika i ciągnie za rękaw przez całą akcję powieści - później się pojawia, ale musi minąć dobre 100-200 stron, nad czym bardzo ubolewam.


Do gustu przypadli mi najbardziej bohaterowie. Było kilka, z którymi chętnie zamieniłabym słówko lub dwa, jeden, którego mogłabym omijać szerokim łukiem i dwójka - wśród nich główna bohaterka - których pokochałam od pierwszej wzmianki w książce, a to nie zdarza się często. Cała gama uczuć, cech charakteru i spontanicznych reakcji, jakimi dysponuje autorka jest do pozazdroszczenia. Wyobraźcie sobie rynek krakowski pełen ludzi, pośrodku Wy obracający się w kółko z rękami rozłożonymi na boki - przed oczami migają Wam jedynie skrawki szalików, czapek i kolorowych kurtek. Czegoś takiego doświadczyłam czytając tę książkę - migawki krótkich emocji, głębokich doznań i nawyków, ale idealnie łączących się w jedną spójną całość. Coś pięknego.


W życiu nie chodziło przecież o stawanie się, prawda? Tylko o bycie.

Miałam wielki problem z tą powieścią - za szybką przez nią przebrnęłam. Nie potrafiłam się rozstać z bohaterami i historią, mimo że w pewnych momentach urywała się całość, a życie zaczynało się od początku, naprawiając dotychczasowy błąd. Brzmi jak odgrzewane kotlety? Nie, to coś zupełnie innego - jak piękny, delikatny kwiat, któremu los daje nieskończenie wiele szans, by mógł się ponownie narodzić. Autorka opowiadając to samo, zmienia praktycznie wszystko a język... nie wiem, może to zasługa tłumacza, ale autentyczność całej opowieści jest wręcz namacalna, czytając ją, niczego innego się po niej nie spodziewamy. Myślę, że to największy plus Jej wszystkich żyć.


 Natychmiast po skończeniu zaległości na półkach biorę się za kolejną książkę Kate Atkinson. Autorka poradziła sobie znakomicie opowiadając wiele razy jedną i tę samą historię tak porywająco, że gdyby nie początek, nie miałabym prawie żadnych zastrzeżeń względem niej. Ursula jako główna bohaterka jest nieidealna, ale to czyni ją jeszcze bardziej rzeczywistą i piękną. Jestem pewna, że jeśli spotkałabym ją kiedyś w Londynie, dogadałybyśmy się. Jak z całego serca mogę Wam ją polecić, bo z pewnością czas spędzony przy niej nie będzie czasem straconym.

Moja ocena:
7+/10

niedziela, 30 listopada 2014

Listopad: podsumowanie i stosik (i magiczna liczba 3)


Nie mogę uwierzyć, że właśnie minął trzeci miesiąc mojego liceum. I tylko trzy tygodnie dzielą mnie od ferii świątecznych. A dzisiaj obejrzałam trzecią część Igrzysk Śmierci. Do kina wybrałyśmy się we trzy. Trzy cudowne święta czekają na mnie w grudniu. Trzy jako magiczna liczba miesiąca :) Ale nie przedłużając...

Podsumowanie przeczytanych książek w listopadzie:
- Ręka mistrza - Stephen King
- List - Richard Paul Evans
- Wybacz mi, Leonardzie - Matthew Qiuck
- Legenda. Wybraniec - Marie Lu
- Pierwsza kawa o poranku - Diego Galdino
- Zbrodnia i kara - Fiodor Dostojewski

Łącznie przeczytałam ok. 2700 stron, co daje... ok. 90 stron dziennie. Jestem naprawdę dumna z tych sześciu przeczytanych książek, ponieważ listopad był najcięższym miesiącem pod względem nauki i nie miałam wiele czasu na... prawdę mówiąc nie miałam czasu nawet myśleć o jego braku. Na szczęście wytrwałam i już tylko odliczam dni do Mikołaja, urodzin i Bożego Narodzenia, byle tylko przetrwać 10 sprawdzianów :D Teraz żegnamy listopad i zaczynamy...


A stosik prezentuje się następująco:


(Od góry) Pierwszą książką jest Hobbit, czyli tam i z powrotem Tolkiena, którego kupiłam za śmieszną cenę na stoisku z używanymi książkami na Targach katowickich. Zamierzam go sobie odświeżyć przed pójściem do kina na ostatnią część, zresztą prawie nic za nią nie zapłaciłam, a wydanie jest bardzo ładne. Kolejną jest Czysty obłęd Marka Lamprella, również z Targów, za którą mam nadzieję zabrać się niebawem. Dalej mamy tomik wierszy Baczyńskiego, kosztujący marne grosze, a jakie piękne kryje wnętrze - jestem z niego naprawdę dumna! Poniżej widać Syna Jo Nesbo - i tu skusiła mnie niska cena i pozytywne recenzje. Dom kryty gontem Niny Stanisławskiej otrzymałam na spotkaniu blogerów, z czego bardzo, bardzo się cieszę! W śnieżną noc trzech różnych autorów (w tym mojego ukochanego Greena) kupiłam w Biedronce po promocji <3 Ostatnie dwie również są nabytkami z Targów, tym razem od Wydawnictwa Dreams i jest to Baśniarz oraz Tam, gdzie śpiewają drzewa.

Coś czytaliście z tego stosiku? Polecacie? A może wręcz przeciwnie: odradzacie?

Śnieżnego grudnia, kochani! <3

sobota, 29 listopada 2014

035. Zbrodnia i kara


Lektury to coś, co zazwyczaj omijam szerokim łukiem. Niektóre z nich to naprawdę wartościowe pozycje, jednak gdy na lekcji rozkładamy je na czynniki pierwsze, a nasza nauczycielka języka polskiego próbuje odpowiedzieć na pytanie co autor miał na myśli?, mnie całkowicie odechciewa się szukać drugiego dna. Co więcej - kiedy mam narzucony czas, w którym mam przeczytać daną powieść np. daję sobie na nią tydzień, a okazuje się, że ma ona ok. 500 stron i czcionka jest wielkości 2 milimetrów... No cóż, domyślcie się reszty.


Zbrodnia i kara została napisana w XIX wieku przez rosyjskiego pisarza Fiodora Dostojewskiego. O autorze słyszałam już niejedno, a i tytuł kiedyś obił mi się o uszy, jednak zanim przeczytałam książkę, nie miałam zielonego pojęcia o czym jest, jakie problemy porusza oraz czy to mój klimat i tematyka. I wiecie co? To nie ma żadnego znaczenia. Dlaczego? Bo Zbrodnia i kara to powieść, której nie zaliczycie do żadnej kategorii i to jest w niej najpiękniejsze.

Co najbardziej mi się w niej spodobało? Portret psychologiczny głównego bohatera. Raskolnikow jako postać pierwszoplanowa wywarła na mnie piorunujące wrażenie. Jego działania, motywy i przemyślenia zadziwiały mnie na każdym kroku, a mimo tego, że uważano go za szaleńca, w niektórych kwestiach byłabym skłonna przyznać mu rację. Na wyróżnienie zasługuje również cała przemiana, która w nim przebiega od początku do końca powieści. Paleta uczuć, jedne silniejsze od drugich, a to wszystko z realistycznymi opisami - patrzysz oczami bohatera, czujesz jego sercem, jesteś nim. Po prostu.

Nie mówię, że książka jest idealna, bo to byłoby kłamstwem. Były fragmenty, które bardzo mi się dłużyły i często miałam ochotę odłożyć Zbrodnię i karę na rzecz czegoś nieco bardziej... porywającego, ale cieszę się, że tego nie zrobiłam i wytrwałam do końca, bo naprawdę było warto. Niestety, jeśli spodziewacie się wartkiej, szybkiej akcji to możecie być niezadowoleni, ponieważ autor prawie cały tekst poświęcił bohaterowi i jego wątpliwościom. W pewnych momentach historii pojawiało się napięcie, ale dla wymagających czytelników ilość ta nie będzie z pewnością zadowalająca.

Powieść Dostojewskiego traktowałam przede wszystkim jako lekturę, dlatego nie byłam zbyt obiektywna w wystawianiu oceny. Niemniej jednak dopiero teraz zaczynam dostrzegać, jak wiele nauki płynie z tej historii i ile w nią autor włożył pracy, by powstała - spójna, logiczna i przede wszystkim oryginalna. Jestem pod wielkim wrażeniem i wiem, że po kilku/kilkunastu latach znowu sięgnę po tę książkę, żeby porównać myśli towarzyszące mi dzisiaj z tymi, które pojawią się po ponownym przeczytaniu. Zdecydowanie polecam :)

sobota, 22 listopada 2014

034. Pierwsza kawa o poranku







Tytuł: Pierwsza kawa o poranku
Tytuł w oryginale: Il primo caffe del mattino
Autor: Diego Galdino
Ilość stron: 320 stron
Wydawnictwo: Rebis








 Planowałam nie pisać tej recenzji, ponieważ zdecydowanie bardziej wolę zachęcać Was do czegoś niż zniechęcać, jednak patrząc na pozytywne opinie o Pierwszej kawie o poranku jestem zmuszona sprowadzić Was na ziemię i ostrzec, co takiego może się kryć za tą piękną okładką i zachęcającym opisem. Spodziewacie się "romantycznej historii pachnącej najlepszym włoskim espresso"? Hmm...

Mam wrażenie, że już czytałam tę książkę, naprawdę. Oczywiście na pierwszy rzut oka widać, że pierwsze skrzypce gra miłość, więc może to być historia jedna z wielu, przewijająca się przez półki księgarni częściej niż sami klienci, jednak mogłaby być to powieść jedyna w swoim rodzaju, odkrywająca nowe oblicze zakochanych bohaterów, stawiająca wiele intrygujących pytań oraz przepełniona tym niepowtarzalnym klimatem, charakterystycznym dla idealnego love story. I... nie, kompletnie tego nie czułam. Macie czasami wrażenie, że czytacie książkę, ale wszystkie zdarzenia przepływają sobie gdzieś obok, poza Waszą świadomością, a Wy jesteście całkowicie obojętni na to, co się dzieje, jak, dlaczego i kto kogo pocałował? Ja tak właśnie miałam czytając Pierwszą kawę o poranku. Połączenie kawy z fabułą było oryginalne i mogło wyjść z tego pomysłu coś, gdyby autor naprawdę się postarał. Niestety Diego Galdino - swoją drogą, świetny barista - postanowił pobawić się w snucie opowieści (opowiadania?), które jest mdłe, płytkie i choć gorący, pobudzający napój wpływa na całą historię bardzo pozytywnie, to jest to jedna z niewielu rzeczy, które udały się autorowi. Tak, to zdanie było aluzją, by pan Galdino zostawił pióro na biurku i wrócił za ladę, bo jestem przekonana, że kawa wychodzi mu zdecydowanie lepiej.

Może fabuła przypadłaby mi do gustu bardziej, gdyby pojawiające się w niej tajemnice były przedstawiane subtelniej, a ich rozwiązanie nie zostało podane na pierwszych kilkudziesięciu stronach. Większość wątków poprowadzona była niewprawnie, a próba połączenia głównych bohaterów - naiwna i bardzo powierzchowna. Postać kobieca - Geneviève - była mi obojętna, zresztą autor ledwie zarysował jej charakter i upodobania, bym mogła się do czegoś odnieść, jednak Massimo... Ech, dawno nie spotkałam tak irytującego bohatera. Pomiędzy nim a Francuzką nie było żadnej chemii, niczego co naprowadziłoby czytelnika na budzące się pomiędzy nimi uczucie. Pustka. Głęboka, pretensjonalna i wiejąca nudą pustka.

Zanim postanowiłam kupić Pierwszą kawę o poranku, naczytałam się wielu recenzji, w której najczęściej powtarzała się jedna rzecz - urzekający klimat powieści. Teraz jestem całkowicie zdezorientowana, bo chyba czytałam zupełnie inną książkę. Nie ma nic, kompletnie NIC, o urzekających widokach zarówno Włoch jak i Francji. Kawa trochę ratuje sytuację, bo wprowadza coś nowego do fabuły, a jej przygotowywanie było jedną z tych bardziej interesujących rzeczy, na które natknęłam się w powieści. Szkoda tylko, że było ich tak niewiele.

Listy! Tak, jestem przekonana, że ta forma jest bliższa panu Galdino. Czytając je można wreszcie poczuć emocje, współczuć bohaterom i w pewnym stopniu zacząć się z nimi utożsamiać, a to jest jednym z najważniejszych czynników, które wpływają na moją ocenę, stąd aż cztery gwiazdki. Aż albo tylko cztery.

Nie polecam. Każda strona bardzo mi się dłużyła, wiele fragmentów było tak sztucznych, że mogłyby stać się nowymi barbie, a bohaterowie to postacie z dwóch różnych światów, jeden przerysowany, drugi ledwie zaczęty... Radzę Wam nie zbliżać się do tej książki, a jeśli już koniecznie chcecie - czujcie się ostrzeżeni. Jestem bardzo ciekawa zdania osób, które mimo wszystko czytały tę książkę. Jeśli chcecie o tym popisać, zapraszam do komentowania, z miłą chęcią poznam Wasz punkt widzenia.

Moja ocena:
4/10

niedziela, 16 listopada 2014

033. Legenda. Wybraniec






Tytuł: Legenda. Wybraniec
Tytuł oryginału: Prodigy
Autor: Marie Lu
Ilość: 368
Wydawnictwo: Zielona Sowa







Zazwyczaj druga część trylogii jest najgorsza. Właściwie nie ma na to żadnego wzoru matematycznego czy dowodu, który potwierdziłby te przypuszczenia, jednak nie oszukujmy się - coś w tym jest. Pierwsza jest wprowadzeniem i, jeśli się nam spodoba, zaczynamy następną, oczekując rozwinięcia, po którym odczuwamy niedosyt lub rozczarowanie. Całość idealnie zamyka trzecia, ostatnia już książka danej trylogii, a my najmilej wspominamy początek, od którego oczywiście zaczęliśmy, oraz koniec, ponieważ najbardziej zapada w pamięć. Środek natomiast zbywamy prostym dobre, ale nie najlepsze. Czy i w tym przypadku tak było?

Nie potrafię opisać, co czułam czytając Wybrańca. To było coś niesamowitego, coś namacalnego, ale bardzo ulotnego, prostego, ale pełnego sprzeczności, coś... innego. I właśnie za to chcę podziękować autorce, bo z pewnością nie tego spodziewałam się po drugiej części. Wszystkiego, ale nie tego. Ta książka robiła ze mną co chciała: rozczulałam się, kiedy była wzruszająca scena; gdy zaczynały się pożegnania, miałam łzy w oczach; wewnętrzne przemyślenia głównego bohatera - proszę bardzo!, każdą emocję przeżywałam tysiąckroć bardziej... Takich przykładów były setki, ja przytoczyłam tylko kilka z nich, żebyście wiedzieli, czego możecie się spodziewać. A możecie spodziewać się wiele.

Właściwie nawet nie wiem, co mogłabym Wam opowiedzieć o tej książce bez brzydkiego spojlerowania i dodawania przy każdym zdaniu "omfg" z serduszkiem złożonym z trójki i zamkniętego nawiasu. Jeszcze nawet nie otrząsnęłam się po przeczytaniu ostatniej strony, ale postanowiłam od razu napisać dla Was recenzję, żeby te emocje, które się ze mnie wprost wylewają, dotknęły chociaż koniuszka palca u stopy, bo jak już poczujecie dobre wibracje i przeczytacie pierwszy akapit książki - przepadliście, a wraz z Wami wszystkie ważne sprawy, które mieliście robić w przerwach. To niemożliwe, bo od tej powieści nie da się oderwać.

Może i było kilka minusów. Może było trochę banalnie. Może czasem denerwowało mnie zachowanie pewnej osoby. Może tak naprawdę książka trafiła do mnie w najlepszym okresie i idealnie odnalazła się w moim sercu tylko za sprawą przypadku. Może. Nie będę jednak roztrząsać tej kwestii, ponieważ stało się, a ja wiem, że trzecią część zacznę od razu po przeczytaniu lektury do szkoły, bo zakończenie Wybrańca było... druzgocące. Bohaterowie wzięli moje serce i pokroili je w najbardziej drastyczny sposób jaki kiedykolwiek istniał. Nawet nie tyle postacie co autorka, która zaserwowała nam taki rozwój wydarzeń, że miałam ochotę udusić ją (30-40 stron przed końcem), a potem zmienić zdanie i jednak utopić w brodziku (ostatnia strona).

Nie muszę Was zachęcać do przeczytania tej trylogii, bo jeśli myślicie, że pierwsza część była dobra, to drugą pokochacie (i zarazem znienawidzicie) bez żadnego problemu. Nie jest to książka wymagająca, skłaniająca do myślenia, snująca refleksje, ale z pewnością się przy niej nie zanudzicie dzięki bardzo dobrze ujętej fabule i cudownym zwrotom akcji, które... o nie, jeśli chcecie wiedzieć, co to były za zwroty, koniecznie musicie przeczytać :)
 Trylogia obowiązkowa dla fanów antyutopii!

Moja ocena:
8+/10

Rebeliant | Wybraniec | Patriota

czwartek, 13 listopada 2014

032. Wybacz mi, Leonardzie







Tytuł: Wybacz mi, Leonardzie
Tytuł oryginału: Forgive Me, Leonard Peacock
Autor: Matthew Quick
Ilość: 408 stron
Wydawnictwo: Otwarte








Są takie książki, po które sięgasz z niewiedzą - całkowitą nieświadomością tego, co możesz spotkać na kartach powieści. Egzystujesz jak każdy normalny człowiek, przewracasz pierwsze strony, wczytujesz się w kolejne linijki i nagle... BUM!, a Ty dalej śledzisz tekst wzrokiem z tą różnicą, że Twoje usta układają się w idealne O. I tak już zostaje do ostatniego zdania ostatniego akapitu ostatniej strony.

Temat samobójstwa wśród młodzieży jest chyba większości z Was znany. Niektórzy podcinają sobie żyły, inni połykają całe opakowanie tabletek, są również tacy, którzy rzucą się z mostu lub skał do morza czy rzeki, natomiast Leonard jest specyficzny, ponieważ... chce ze sobą skończyć za pomocą niemieckiego pistoletu Walther P38. Przed śmiercią obdarowuje prezentami ludzi, którzy coś dla niego znaczyli i choć wysyła oczywiste znaki, wręcz woła o pomoc, nikt tego nie zauważa. Poza kilkoma wyjątkami.

Naprawdę nie sądziłam, że Wybacz mi, Leonardzie może mną wstrząsnąć bardziej niż Niezbędnik Obserwatorów gwiazd. Byłam nastawiona na dobrą powieść - Quick nie potrafi napisać złej książki - ale całość przeszła moje najśmielsze wyobrażenia. Autor umiejętnie przeplatał humor, wydarzenia i egzystencjalne pytania, które przynajmniej 5/6 razy kazały mi zatrzymać się, oderwać wzrok od tekstu i zastanowić się, czy przypadkiem główny bohater nie ma racji, a wszelkie pozory, które budujemy wokół siebie są niczym innym, jak nietrwałym, kruchym murem łatwym do przejrzenia i obalenia. Ta książka zmusiła mnie do otworzenia oczu na temat siebie samej i mojego postępowania.

Styl autora nie zaskakuje górnolotnością wyrażeń i poetyckim zobrazowaniem świata przedstawionego, natomiast ma w sobie coś więcej niż tylko tak zwany młodzieżowy język, ponieważ sięgając głębiej, możemy dopatrzyć się wielu odniesień, które są już skierowane do starszego czytelnika. Uwielbiam dosłownie każdą książkę Matthew Quicka i jestem pewna, że i Wam Wybacz mi, Leonardzie się spodoba. Byłabym skłonna oddać wszystkie 10 gwiazdek na tę powieść, bo jest niesamowicie dobra, niestety rozczarowało mnie zakończenie. Oczekiwałam czegoś... innego. Mimo to polecam bardzo, bardzo, bardzo gorąco!

Moja ocena:
9/10

A na poprawę humorku łapcie prześwietną piosenkę Bastille :)
Miłego wieczoru!


wtorek, 11 listopada 2014

031. List





Tytuł: List
Tytuł oryginału: The letter
Autor: Richard Paul Evans
Ilość: 320 stron
Wydawnictwo: Znak literanova


Największej mądrości życiowej nie uczą nas zakurzone tomy dzieł filozoficznych, ale ludzkie czyny, każdy oddech i gest współczucia.






Mam nadzieję, że każdy z Was zna lub chociaż kojarzy Evansa, a jeśli nie, to niech się wstydzi. Jego książki zawsze robiły na mnie wrażenie, nic więc dziwnego, że gdy usłyszałam o premierze jego nowej powieści, wprost nie mogłam się doczekać by ją przeczytać. Co więcej, wydarzenia w niej opisywane są poniekąd kontynuacją z Zegarka z różowego złota, który uwielbiam, dlatego nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby nie kupić Listu. 

Co z tego, że wszystkie książki Evansa są do siebie uderzająco podobne? Co z tego, że każda zawiera w sobie właściwie to samo przesłanie? Co z tego, że prawie wszystkie kończą się tym samym happy endem? To naprawdę nie jest ważne dla nas - fanów autora - bo w każdej przeczytanej historii zakochujemy się na nowo w języku, lekkości i klimacie, który niczym niewidzialny pył jest rozsiany na kartach powieści i przenosi nas do właściwej akcji. Jest jak pyszna gorąca czekolada w zimowy wieczór, którą piliśmy już tysiące razy, a mimo to wciąż do niej powracamy.

Emocje, emocje, emocje... Każda strona jest przepełniona rozterkami i myślami bohaterów, które odpowiednio przedstawione, pozwalają czytelnikowi na odczuwanie ich z taką samą intensywnością co główne postaci. Ponadto autor umiejętnie lawiruje między jedną ważną sentencją a drugą, nie próbując być mądrzejszym od czytelnika, a jedynie zaznaczając, na co powinniśmy zwrócić uwagę przy czytaniu. Zdecydowanie najbardziej podobają mi się nieco banalne, ale prawdziwe cytaty na początku każdego rozdziału, będące już znakiem charakterystycznym Evansa, zmuszające nas do refleksji i przemyśleń nawet po skończeniu książki i poruszające w nas te wrażliwe aspekty, z których sami moglibyśmy nie zdawać sobie sprawy.

Oczywiście myślą przewodnią powieści jest miłość, która pokona wszelkie przeciwności losu, stanie w obronie nieszczęśliwego, nie przeminie i będzie symbolem nowego, lepszego początku. Musimy jednak pamiętać o pewnej ważnej rzeczy, do której nawiązuje autor, przenosząc nas w lata trzydzieste ubiegłego wieku, a mianowicie do prześladowań ciemnoskórych. Wątek nie jest może specjalnie rozbudowany, ale niektóre opisywane sytuacje dają do myślenia, a jedna wyjątkowo mną wstrząsnęła. To, co działo się w tamtym czasie w Ameryce, jest niesamowicie smutne, ale też pokazuje, jak podejście ludzi potrafi się zmienić na przestrzeni lat.

List może się wydawać kolejną książką mówiącą o ponadczasowej miłości, pełnej wzajemnych wyrzeczeń i poświęcenia, ale jest to również powieść dająca nadzieję i pogłębiająca naszą wiarę - powieść, która pomimo lekkości przy jej czytaniu porusza trudne tematy, a także wyzwala w nas mnóstwo emocji i pozostaje w pamięci, zwłaszcza poprzez zakończenie. Polecam z całego serca!

Moja ocena:
8/10


A na cudowny, słoneczny początek popołudnia soundtrack z Gwiazd naszych wina! <3


sobota, 8 listopada 2014

030. Ręka mistrza





 Tytuł: Ręka mistrza
Tytuł oryginału: Duma Key
Autor: Stephen King
Ilość: 764 strony
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka


Ludzie nigdy nie potrafią uwierzyć w najprostsze uczucia, kiedy ukazuje je sztuka, chociaż widzą je dookoła siebie, każdego dnia, na każdym kroku.





Stephen King to niezaprzeczalnie jeden z lepszych pisarzy XX-XXI wieku. Każda jego książka zapewnia niezapomniane chwile podczas czytania, często powodując u nas niepokój czy pojawiające się na plecach dreszcze - jednak strach nie jest jedynym ważnym czynnikiem najczęściej wiązanym z autorem, bo jest coś jeszcze; coś, przed czym nie da się przejść obojętnie, czyli nakreślona fabuła i napięcie, utrzymujące się do ostatniej strony.

Ręka mistrza opowiada o Edgarze Freemantle, który po wypadku stracił nie tylko rękę, ale i również nadzieję na lepszą przyszłość. Opuszczony przez żonę, za radą psychologa postanawia przeprowadzić się na wyspę Duma Key i robić to, co kocha - rysować. Tam poznaje Elizabeth Eastlake, której rodzina kryje niejedną tajemnicę. A to dopiero początek...

Nie jestem fanką horrorów, dlatego do tej książki podeszłam z lekkim dystansem i muszę przyznać, że to była dobra decyzja, bo zamiast rozczarowania spotkało mnie miłe zaskoczenie. Ciekawy pomysł na fabułę i samo wykonanie zasługuje na piątkę, bo zarówno sama rzeczywistość, jak i bohaterowie są wykreowani bardzo oryginalnie. Świat przedstawiony zasługuje na pochwałę - podczas czytania wyspa wypada realistycznie, żywo w oczach czytelnika, a my możemy utożsamić się z postaciami i przeżywać wraz z nimi wszystkie emocje opisywane piórem Kinga.

Narracja w pierwszej osobie była idealnym zabiegiem zastosowanym przez autora, szczególnie przy opisach dotyczących malowania - nawet ja, beztalencie artystyczne, czytając o sztalugach, farbach i obrazach, sama miałam ochotę chwycić za pędzel i uchwycić przemijającą chwilę na papierze. Najbardziej żałuję tego, że nie mogłam zobaczyć dzieł stworzonych przez Edgara, ponieważ przy takich cudach wyobraźnia po prostu zawodzi.

Nie zabrakło niestety minusów. Czasami bywało tak, że fabuła zwalniała, a mnie nużyło przewracanie kartek, gdy działo się na nich praktycznie to samo. Co więcej, zakończenie troszeczkę mnie rozczarowało. Sądziłam, że będzie to coś spektakularnego, coś o czym będę myślała przez kolejny tydzień, jednak... nie wydarzyło się nic szczególnego, oczywiście poza rozwiązaniem tajemnicy rodziny Easlake'ów.

Ręka mistrza jest dobrą książką. Trzyma w napięciu, gwarantuje mile spędzony czas przy jej czytaniu i pozostawia lekki niepokój po ostatniej stronie, jednak zawiodłam się na zakończeniu, a dla mnie ważne jest zarówno jak autor zaczyna książkę, i jak ją kończy, stąd moja ocena. Zdecydowanie polecam ją osobom, które lubią horrory, ale nie tylko, bo poza typowymi zabiegami nakreślającymi fabułę w mrocznym, tajemniczym klimacie, mamy tu również zaskakującą przemianę głównego bohatera, dzięki czemu możemy traktować utwór również jako powieść psychologiczną. Przeczytajcie, bo sądzę, że warto! :)

Moja ocena:
7/10

niedziela, 2 listopada 2014

#1 Trochę o spełnianiu marzeń

Od zawsze wiedziałam, że moją pasją będzie czytanie. W łóżku, w autobusie, przy biurku, w ulubionym fotelu, przy kominku, u przyjaciółki, na telefonie... Czytam wszędzie i kiedy tylko nadarzy się okazja. Nie ma takiej sytuacji, żeby ktoś nie znalazł mnie bez książki lub telefonu z e-bookami, ponieważ nie rozstaję się z literaturą, która jest moja dzienną dawką powietrza potrzebnego do życia i prawidłowego funkcjonowania wśród ignorantów i ludzi pseudo inteligentnych. Ale wiecie co? Poza powieściami, których każda jest jednym moim małym marzeniem, mam inne, niektóre naprawdę duże, niektóre tylko troszkę większe od małego palca u nogi, ale wszystkie to moje własne, do których spełnienia dążę w taki czy inny sposób. I z których jestem dumna, nawet jeśli nigdy się nie urzeczywistnią. Przepisu na dojście do celu nie ma, jednak to nic, ponieważ...


i wierzcie mi, nic, ale to nic na świecie nie ogranicza Was w spełnianiu marzeń. Zarówno tych wielkich, jak i tych malutkich. Kiedyś przeczytałam na blogu Julki, że ona nie robi postanowień noworocznych, ponieważ jeśli chce coś w sobie zmienić, po prostu to zmienia, dąży do tego, ale nie dlatego, że tak pisze na jakieś kartce, ale dlatego że nic ją nie powstrzymuje od tego, by zmienić to właśnie teraz, w tym momencie, nie czekając na Nowy Rok czy inne święto. I powiem Wam, że jej słowa wzięłam sobie głęboko do serca. Jaki świat byłby prostszy i piękniejszy, gdybyśmy zmieniali w sobie coś nie czekając na okazję i nie odpuszczali pod byle pretekstem. Przez całe swoje, jeszcze krótkie, życie nasłuchałam się wielu pesymistów a bo ja nie dam rady, nie umiem, nie chce mi się, nie mam pieniędzy, a przecież tak niewiele potrzeba! Przykład: od czasu przeczytanego postu Julki zaczęłam pracować nad sobą i swoim językiem angielskim. Po 10 miesiącach nauki słówek, gramatyki, czytania artykułów po angielsku, oglądania filmów po angielsku i ćwiczenia speakingu czuję, że nastąpiła znaczna poprawa i nawet nie wiecie, jak wielką mi to sprawia radość!


Ten obrazek skradł moje serce i stał się zarówno moim nowym mottem, jak i nową tapetą na laptopie, żebym codziennie mogła na niego patrzeć i przypominać sobie, o co walczę i do czego dążę. Oprócz biegłego posługiwania się językiem angielskim mam jeszcze wiele, wiele innych marzeń. Polecieć do Australii, zwiedzić Machu Picchu, spotkać się z osobami poznanymi przez internet, zwiedzić Barcelonę, mieć drugiego psa, być szczęśliwa czy choćby takie absurdalne jak przez cały dzień chodzić w skarpetkach po pokoju i pod spodem mieć je idealnie czyste :) Nieważne, że nie mam póki co pieniędzy na wyjazd do Peru czy wystarczająco silnej woli, by mieć perfekcyjnie czystą podłogę w domu - kiedyś będę ją miała, zobaczycie! Kiedyś mi się uda i wierzę w to całym sercem. Pora, byście i Wy w to uwierzyli.

"[...] chciałabym aby marzenia były pogodne jak ty
kiedy się do mnie uśmiechasz, kiedy się śmiejesz przez łzy.
Z marzeń każdego człowieka ładny można wznieść dom.
Chciałabym żeby marzenia były piękniejsze niż są."

~ Anna Jantar "Marzenia o marzeniach"

Życzę Wam miłego listopada - pełnego książek, dobrej herbaty i przede wszystkim marzeń! <3

sobota, 1 listopada 2014

Październik: podsumowanie i stosik



Może październik nie jest miesiącem, w którym mamy mnóstwo czasu, odpoczynku i chęci, ale za to jest, przynajmniej w Polsce, jednym z najpiękniejszych, dlatego też pomimo nawału obowiązków, choroby w pierwszym tygodniu miesiąca i wiążącymi się z nią zaległościami, podołałam i oto przybyłam, żeby podsumować całe 31 pięknych, jesiennych dni, pełnych czerwonych liści i kasztanów. Zapraszam :)

W tym miesiącu udało mi się przeczytać następujące książki:
- Uczta dla wron (tom II): Sieć spisków - George R. R. Martin
- Droga do domu - Bobby Pyron (recenzja)
- Lawendowy pokój - Nina George (recenzja)
- Legenda. Rebeliant - Marie Lu (recenzja)
- Miasto kości - Cassandra Clare (recenzja)
- Prawiek i inne czasy - Olga Tokarczuk
- Tajemnica Noelle - Diane Chamberlain
- Krew Olimpu - Rick Riordan

Jeśli brać po uwagę jedynie aspekty czytelnicze, to muszę przyznać, że to jeden z udanych miesięcy, bo 8 książek jest dla mnie wyjątkowo ładnym, zgrabnym wynikiem (widzę nawet, że właściwie zostaję w tym przedziale 7-8 książek miesięcznie, z czego bardzo się cieszę). Jak na taki pracowity październik jestem zaskoczona ilością stron, które pochłonęłam: jest ich 3336! To daje trochę ponad 100 stron dziennie i to jedna z przyjemniejszych części dnia, kiedy się o tym dowiaduję, bo myśl, że nie poświęciłam powieści na rzecz szkoły jest pocieszająca. Dziękuję również trzem osobom, które dołączyły do obserwowania bloga - każdy, kto pojawia się tutaj i zostawia ślad, robi mi dzień, a także zachęca do pracowania nad blogiem i recenzjami.
Pojawił się również nowy szablon w jasnych, już zimowych barwach, za który bardzo serdecznie dziękuję Dorze :")

A teraz czas na stosik. Niestety nie mam zdjęcia wszystkich książek, tylko te z Targów, bo mój telefon wczoraj wieczorem zdechł i nie zdążyłam przerzucić sobie na laptopa wszystkich plików, dlatego będziecie musieli sobie wyobrazić, jak się prezentuje całość :)


to książki zakupione na Targach w Krakowie + zakładki <3

a oto moje ukochane materiałowe torby, które dostałam na dwóch stoiskach również w Krakowie!

A w tym miesiącu na moje półeczki zawędrowały takie skarby jak Miasteczko Cold Spring Harbor oraz Wielkanocna parada, obie Richarda Yates, które kupiłam na stoisku wydawnictwa Sonia Draga po 10 zł. Mamy tutaj również Motyla Lisy Genova, Drogie maleństwo Julie Cohen i Dziesięć płytkich oddechów K. A. Tucker, wszystkie kupione przy stoisku Filii, która miała świetną ofertę w Krakowie dla blogerów, dzięki czemu zostałyśmy namówione z Julką na kupno. Kolejne trzy to nowe powieści Matthew Quicka, a jest to Prawie jak gwiazda rocka oraz Wybacz mi, Leonardzie x2, bo drugi egzemplarz jest dla przyjaciela na Święta. Dodatkowo kupiłam sobie najnowszą powieść Richarda Paula Evansa - List, za którego mam nadzieję się zabrać w najbliższym czasie. Na zdjęciu, trochę w tyle, prezentuje się biografia Haliny Poświatowskiej, którą wygrałam w konkursie i z której bardzo, bardzo się cieszę, bo uwielbiam tę poetkę! Na zakończenie, żeby poprawić sobie humor po męczącym ostatnim tygodniu, sprezentowałam sobie z antykwariatu Wołanie kukułki Roberta Galbraitha za jedyne 17 zł w idealnym stanie! <3

To był naprawdę piękny, pełen pozytywnych emocji miesiąc. Spotkanie z Julką, Karoliną, Lidią, Emą, fantastyczne Targi w Krakowie, niezapomniany wieczorny wyjazd do teatru (również do Krakowa), wiadra herbaty i czytanie przy kominku - tak, październik mogę z pewnością zaliczyć do udanych miesięcy i liczyć, że każdy następny taki będzie. Nadchodzi listopad, czyli na dworze zaczną pojawiać się minusowe temperatury, my musimy wyjąć czapkę i szalik w komplecie z rękawiczkami, a także zastanowić się nad pewnymi sprawami, ponieważ jest to również miesiąc zadumy i różnorakich przemyśleń na temat siebie, bliskich osób czy naszego kraju. Mam nadzieję, że wszyscy spędzicie go w miłej atmosferze, w cieple i pełni pozytywnej energii.

Miłego weekendu, kochani :)

piątek, 31 października 2014

029. Miasto kości






Tytuł: Miasto kości
Tytuł oryginału: City of bones
Autor: Cassandra Clare
Ilość: 512 stron
Wydawnictwo: Mag








Nie jestem w stanie Wam powiedzieć, jak wiele już słyszałam o tej serii - co więcej, same dobre, jeśli nie bardzo dobre opinie. Pierwsze dwie lub bodajże trzy części przeczytałam dobre kilka lat temu, kiedy jeszcze nie wiedziałam, co jest na topie, co jest nowością wydawniczą czy bestsellerem - Miasto kości leżało sobie grzecznie w dziale młodzieżowym, to czemu nie spróbować? Najlepsze jest to, że pomyliłam serie Darów Anioła z Diabelskimi Maszynami i przeczytałam najpierw 1 część DA, potem drugą część DM, następnie wróciłam do DA (czytając trzecią część, nie drugą) i już całkowicie zdezorientowana, sięgnęłam po pierwszą część DM (no chociaż przyznajcie, że okładki mają podobne). Ale wracając do Miasta kości...

 Byłam pewna, że niczego nie poczuję podczas czytania, skoro spotkałam się z tą książką jakiś czas temu i całkowicie zapomniałam jej treść. Nawet nie macie pojęcia, jak bardzo się pomyliłam. To jedna z lepszych powieści, które udało mi się przeczytać w tym miesiącu i nawet jeśli nie jest jakoś niesamowicie ambitna czy pisana górnolotnym, kwiecistym językiem to... wow. Zrobiła na mnie naprawdę duże wrażenie i teraz tylko żałuję, że nie zaczęłam wcześniej interesować się tą serią, bo może nawet miałabym ją na swojej półce, razem z ostatnią, wydaną niedawno częścią.

Co jest najwspanialsze w Mieście kości? Długo się zastanawiałam nad tą kwestią, ale stawiam na część humorystyczną, bo... wierzcie lub nie, ale chyba przy żadnej książce tak się nie uśmiałam. Cassandra Clare ma niesamowicie lekkie pióro, ciekawy, przyjemny dla czytelnika styl i najwspanialsze na świecie cięte riposty bohaterów, które stały się moim mottem życiowym teraz i na wieki. Mówię serio. Autorka ma ode mnie jeszcze jednego, dodatkowego plusa za tajemniczy wątek, który pod koniec książki, gdy już zostaje rozwiązany, jest... tak oczywisty, że to aż boli moją dedukcję, a ona jednak zawiodła, bo nie pomyślałam o takim rozwiązaniu.

Bohaterów polubiłam od razu, chociaż pojawiały się pewne zgrzyty pomiędzy mną a Alekiem. Seriously, miałam ochotę udusić go gołymi rękami albo spalić żywcem. Współczułam mu, owszem, nie jestem człowiekiem bez serca, ale kochani, ile można? Jego zachowanie bardzo działało mi na nerwy i jestem zadowolona, że nie był głównym bohaterem, bo moja ocena byłaby zdecydowanie niższa. Do Clary nie mam nic, przyjemna, ciekawa postać wykreowana może nie idealnie, ale na pewno z pomysłowością, wprowadzając pewną świeżość do fabuły, natomiast Jace... Jace stał się moim numerem jeden - bierzcie sobie Augustusa, bierzcie sobie Peetę, ja zabieram tego blondwłosego, sarkastycznego, absolutnie fantastycznego i jedynego w swoim rodzaju Jace'a!

Pokochałam tę książkę całym sercem. Może nie zmieniła mnie szczególnie, ale pewne rzeczy zaczęłam postrzegać z zupełnie innej perspektywy, a dzięki plastycznym postaciom, ciekawej fabule, wartkiej akcji i zabawnym żartom wplecionym w rozmowy pomiędzy bohaterami Miasto kości stało się czymś więcej niż zwykłą powieścią na jeden czy dwa wieczory. Z pewnością sięgnę po kolejne tomy, a Wam chciałabym gorąco polecić serię Darów Anioła - bardzo bardzo bardzo - bo gwarantuję Wam, że się nie zawiedziecie!

Moja ocena:
9/10

Miasto kości | Miasto popiołów | Miasto szkła | Miasto upadłych aniołów | Miasto zaginionych dusz | Miasto niebiańskiego ognia

piątek, 24 października 2014

028. Legenda. Rebeliant







Tytuł: Legenda. Rebeliant
Tytuł oryginału: Legend
Autor: Marie Lu
Ilość: 304 strony
Wydawnictwo: Zielona Sowa







Ciekaw jestem, jakby wszystko się poukładało, gdybym to ja urodził się w twoim świecie, a ty w moim. Czy bylibyśmy wówczas tacy sami jak teraz? Czy byłbym jednym z najlepszych żołnierzy Republiki? Czy ty byłabyś słynnym przestępcą?

 Właściwie nie miałam w planach przeczytania tej książki, przez jakiś czas po prostu nie było mi z nią po drodze. Mimo wszystko bardzo lubię antyutopie, a sam fakt, że jeszcze mi się nie znudziły, jest idealnym powodem, by czytać ich więcej, więc gdy Rebelianta zaczęły mi polecać kolejne osoby (w tym Zuzia z Wilczych Recenzji), pomyślałam czemu nie? i skorzystałam z promocji 3 za 2 w empiku, by zakupić całą trylogię. Co Wam mogę powiedzieć na początek o tej książce? Że naprawdę, naprawdę mi się spodobała.

Czasami tak jest, że albo książka od razu przypadnie do gustu, albo wcale. Rebeliant od początku skradł moje serce i zagościł w nim na dobre, a szczególnie ujął mnie... samą fabułą. Wierzcie lub nie, ale moje spotkania z antyutopiami może i były dość liczne, jednak z pewnością każdą traktowałam inaczej, nie wrzucając ją do jednego worka zatytułowanego "odpadki z Igrzysk Śmierci" - zresztą trylogię pani Collins czytałam dobre 3/4 lata temu i szczerze mówiąc nie pamiętam jej dokładnie. Staram się nie generalizować żadnych dystopii, dlatego treść Rebelianta była według mnie ciekawa, oryginalna i bardzo, bardzo wciągająca - wprost nie mogłam się od niej oderwać. Ta powieść trafiła do mnie w idealnym momencie, bo właśnie potrzebowałam pozycji, która pomogłoby zapomnieć mi o szarej, zimnej rzeczywistości za oknem - jeśli szukacie czegoś takiego, z całego serca mogę polecić Wam tę książkę.

Z bohaterami natomiast miałam pewne problemy. Chociaż Marie Lu wykreowała nietuzinkowe, plastyczne postaci, nie wszystkie przypadły mi do gustu, więc tak jak spodobała mi się June, tak od razu poczułam niesmak do Day'a. Nie twierdzę, że jest złym charakterem, jednak jego postawa czasami mnie irytowała, a zachowanie w stosunku do niektórych osób po prostu doprowadzało do szału. No i autorka ma wielkiego plusa za niewprowadzanie wątku miłosnego... no, powiedzmy do prawie połowy książki. Nie ma kompletnie nic o rozterkach sercowych pomiędzy głównymi bohaterami, jedynie przedstawienie ich charakterów i zarysowanie fabuły z właściwą akcją, co było dla mnie jednym z lepszych zabiegów zastosowanych przez autorkę.

Wspominałam, jak bardzo podoba mi się okładka? Jestem nią wręcz zachwycona! Zazwyczaj biały kolor jest nietrafiony, natomiast tutaj pasuje idealnie, zarówno do samej fabuły, jak i przyciągnięcia potencjalnego czytelnika. Pozostałe części (niebieski i czerwony kolor) również są piękne, szczególnie gdy przyjrzymy się znakom na poszczególnych okładkach (wytłoczone!).


Rebeliant był jedną z lepszych książek, jakie udało mi się przeczytać w tym miesiącu. Z porywającą akcją, niebanalną fabułą, ciekawie wykreowanymi postaciami i łatwym, przystępnym dla młodzieży językiem tworzy idealną pozycję na jesienny wieczór. Gorąco Was zachęcam po sięgnięcie, bo naprawdę warto :)


Moja ocena:
8/10 

Rebeliant | Wybraniec | Patriota