czwartek, 31 grudnia 2015

Postanowienia Noworoczne i ja

Uprzedzając wasze pytania: nie, nie robię postanowień noworocznych. Nigdy nic nie zmieniają, a są jedynie pustą frazą na papierze lub w pliku. Czasami obiecuję sobie poprawę, planuję zmiany i obmyślam strategię, a potem jedynie się denerwuję, bo nic nie wychodzi. Dzisiaj jednak podeszłam do tematu inaczej, bo jako książkoholik. Z samym nałogiem czytania nie mam zamiaru walczyć, bo i po co, ale chcę wyznaczyć sobie pewne granice - te na górze i na dole. Jeśli je złamię to trudno. Jeśli uda mi się wytrwać do końca roku to będę z siebie dumna. Tyle i aż tyle. Ciekawi?

1. Nie kupię żadnej książki w cenie okładkowej.
Literatura w Polsce jest droga, nie oszukujmy się. Mimo to jest wiele tanich księgarni i dyskontów książkowych, z których można korzystać, a które aż tak bardzo nie uszczuplają naszego portfela. Zamierzam uwolnić się wreszcie od drogich, stacjonarnych sieciówek i kupować wyłącznie przez internet lub w okolicznych antykwariatach. 

2. Zaprzyjaźnię się z ebookami.
Dotychczas nie potrafiłam się do nich przekonać. Czasem ściągnęłam sobie kilka darmowych ebooków, ale szybko o nich zapominałam albo nie miałam ochoty na sięganie po nie i teraz okazuje się, że na czytniku znalazło się ich całkiem sporo. Myślę jeszcze nad wykupieniem sobie pakietu w Legimi, ale to plany na dalszą przyszłość. 

3. Ograniczę się do kupowania czterech (!) książek na miesiąc.
Najtrudniejsze wyzwanie na ten rok, ale próbować zawsze można.

4. Każdego miesiąca przeczytam przynajmniej jedną książkę zagranicznego autora w oryginale.
Obiecywałam to sobie w tamtym roku i nie wyszło. Tym razem jestem starsza, mądrzejsza i coraz łatwiej przychodzi mi czytanie po angielsku, więc dlaczego nie spróbować i z tym?

5. W tym roku zrobię sobie przynajmniej jeden porządny maraton czytelniczy z jedną z moich ulubionych serii.
Na pewno będzie to Harry Potter, ale marzę też o powrocie do Akademii Wampirów i wypadałoby skończyć Dary Anioła, więc trzymajcie za mnie kciuki, żeby się udało!

6. Będę czytać więcej klasyki.
Oby, bo w tym roku było z nią bardzo bardzo bardzo bardzo krucho...

7. Postaram się cieszyć każdą książką, nawet tą najbardziej złą.
Najważniejsze jest pozytywne podejście! Uwolnię się od negatywnych emocji, a jeśli książka naprawdę będzie koszmarem, to nie będę na siłę czytać do końca, jak robiłam dotychczas. Życie jest na to zdecydowanie za krótkie.

Nie planowałam najlepszej siódemki, ale wygląda na to, że ta liczba mnie prześladuje. A Wy macie jakieś postanowienia noworoczne? (:

Szczęśliwego, zaczytanego i pięknego 2016 roku!

wtorek, 29 grudnia 2015

Książki, dzięki którym serce bije szybciej #2015


Koniec miesiąca, koniec roku i koniec pewnego etapu w moim życiu, który mogę podsumować podwójną grubą kreską. Te 365 dni były nie tylko książkami i herbatą, serialami i kawą. Od stycznia małymi kroczkami spełniałam swoje mniejsze marzenia. Większe wciąż przede mną, ale to chyba jest w tym wszystkim najlepsze - nie brak mi pomysłów na kolejne, a realizowanie ich sprawia mi ogromną przyjemność. 2016 zapowiada się jeszcze lepiej. Wciąż planuję, sprawdzam, zaklepuję terminy i jeśli przynajmniej połowa z nich wypali, będę najszczęśliwszą osobą na świecie. Rok 2015 był przede wszystkim rokiem ludzi - spotkań, nowych znajomości i zacieśniania przyjaźni. Przez te miesiące wiele zrozumiałam i uświadomiłam sobie jedną bardzo ważną rzecz - ja odpowiadam za własne szczęście i ten dzień ogłaszam dniem szczęśliwym. W tym momencie.

Ale dzisiaj nie o tym. Za mną zdecydowanie intensywny rok, zwłaszcza pod względem czytelniczym. Do dzisiaj, to jest 29 grudnia, mam na swoim koncie 99 książek przeczytanych w 2015 roku (mam cichą nadzieję, że do Sylwestra uda mi się skończyć setną, trzymajcie kciuki!). Które były najlepsze? Zobaczcie sami!

 
                                     recenzja                                  recenzja                                   recenzja


                                      recenzja                                  recenzja                                  


                                     recenzja                                  recenzja                                 

                                     recenzja                                  recenzja                                   recenzja

Nie będę się nad nimi rozpisywać, do większości z nich macie opublikowane recenzje, więc jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej, zapraszam do czytania. Nie ukrywam, że jestem dumna z takiej dwunastki - wystarczy jedno moje spojrzenie na tytuł i autora i już się robi ciepło na sercu. Jestem ciekawa jak wyglądają Wasze ulubione książki tego roku, więc koniecznie napiszcie mi o nich w komentarzu lub podajcie link do postu na blogu/filmiku na vlogu, a chętnie przeczytam/obejrzę.

Szczęśliwego Nowego Roku!


niedziela, 20 grudnia 2015

093. Zorkownia



Tytuł: Zorkownia
Tytuł oryginału: -
Autor: Agnieszka Kaluga
Tłumacz: -
Ilość: 288 stron
Wydawnictwo: Znak




Chcę rzucać nią o ściany i przytulać do piersi. Ta książka wywołuje we mnie tyle sprzecznych myśli, emocji; tyle wątpliwości, które pojawiły się ot tak, jakby na zawołanie. Mam ochotę krzyczeć, bo lubię jasne sytuacje, jasne historie, jasne książki. Oczywiste. Coś, co będę mogła opisać, podsumować, zanalizować. Zorkowni nie przypiszę żadnym rubryczkom, nie zaciągnę do odpowiedniej tabelki i nie nakleję etykietki. Po przeczytaniu pragnę tylko jednego: żeby Zorkownię jeszcze raz przeżyć.

Hospicjum nie przyspiesza ani uporczywie nie spowalnia procesu umierania.

Ludzie umierają codziennie. Wiem to ja, Ty też na pewno to wiesz. I Twoja rodzina, i przyjaciele, i ludzie na ulicy. I zwierzęta. To trudny temat: niektórzy z niego żartują, po czym okazuje się, że robią to przy kimś, kto miał ze śmiercią bezpośrednio do czynienia. Wtedy milkną. Pani Kaluga nie boi się mówić o rzeczach, które wprawiają w zakłopotanie większość towarzystwa. Prosto, lekko, bez zbędnych opisów, tak jak lubię. W pojedynczych zdaniach zawiera więcej emocji niż dziesięć powieści dla młodzieży. Zastanawiające, prawda?

Zapiski autorki są wyjątkowe, chociaż na pierwszy rzut oka wcale na takie nie wyglądają. Przejrzysty tekst, krótkie wpisy i ostatnie zdanie na osobiste refleksje. Nie mogę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem, bo to za słabe słowo na tak silną książkę. Przez jej karty przewija się mnóstwo tematów, ale pani Kaluga obok żadnego z nich nie przechodzi obojętnie. Jako wolontariuszka w hospicjum ma bezpośredni kontakt z ludźmi - osobami cierpiącymi, zgorzkniałymi, szukającymi ucieczki lub pocieszenia - i przy tym potrafi zachować siebie, mimo że historia każdego z pacjentów coś w niej zmienia, coś porusza i coś zostawia. Mnie nauczyła jednej, bardzo ważnej rzeczy: dwa dni bólu to epoka.

Trudno jest mi podsumować Zorkownię, tak jak trudno było mi o niej pisać. Wolałabym zatrzymać ją dla siebie i udawać, że została napisana z myślą o mnie i o moich wątpliwościach. Zamiast powtarzać się i próbować przekonywać Was do niej, chcę Wam zacytować jeden fragment, po którym miałam łzy w oczach. Mam nadzieję, że po jego przeczytaniu pobiegniecie do księgarni i zaopatrzycie się w tę książkę, bo wierzcie mi, naprawdę warto:

Kazimierz.
Tu przychodzę po spokój.
Tyle ciepła między nami, tyle moich spokojnych nie wiem,
 tyle pustki w naszych głowach, tyle dotyku.

Bezradność starszego syna mnie ośmiela. Próbuję
pokazać mu, jak można być z ojcem tu i teraz.
- Napije się pan soku, panie Kazimierzu?
Ledwo uchwytne skinienie.
Syn odsuwa się od łóżka, robiąc mi więcej
miejsca. Tłumaczy się jak dziecko:
- Pytałem ojca, ale on nie chciał...
Bez słowa biorę jego dłoń i wkładam w nią kartonik
z sokiem.
Czuję sztywność tej ręki, uśmiecham się, przymykam
palce syna, drugą ręką dotykam czoła Kazimierza. 
Kazimierz znajduje słomkę, chwilę poimy go razem. 
Syn wydaje się większy. Stoi blisko. 
Wycofuję się.

Uroczysta chwila lub przerost egzaltacji
 z mojej strony. Nieważne.
Czuję radość; tak właśnie chcę być w hospicjum.

Znam swoje miejsce.
Chcę, by syn znał swoje.

piątek, 18 grudnia 2015

Liebster Blog Award #3

Witajcie, kochani!
Dzisiaj przychodzę do Was z Liebster Blog Award, do którego nominowała mnie Marta Tadych z Zaczytanej Doliny, za co serdecznie jej dziękuję. O poprzednich LBA, do których zostałam nominowana możecie przeczytać tutaj. Miałam już nie brać udziału w tego typu zabawach, ale uznałam, że skoro teraz mam luźniejszy okres, kiedy mogę sobie pozwolić na częstsze posty, to czemu by nie wziąć udziału w LBA?

1. Brałeś kiedykolwiek udział w jakichś maratonach czytelniczych lub nocach czytania?
Tak, brałam. Pierwszy raz był to bodajże polski Book-A-Thon rok temu (?), a w wakacje pewna blogerka, chyba z bloga Kocha, nie kocha, organizowała noc czytelniczą i wtedy udało mi się wytrwać tylko do trzeciej nad ranem. Najwyraźniej nie jestem nocnym markiem :)

2. Ile nieprzeczytanych książek czeka na swoją kolej na Twojej półce?
*Liczy, myli się, liczy od początku* Dokładnie 66 książek.

3. Gdybyś mógł jakąś potrawę jeść do końca życia, co by to było?
Jeśli mogę uogólnić, to wszelkiego rodzaju makarony - uwielbiam włoską kuchnię! Konkretna potrawa to chyba makaron z warzywami, kuskusem i kawałkami łososia. Nigdy mi się nie znudzi :)

4. Czy zdarza ci się, że śnią ci się rzeczy z przeczytanych książek?
Nie, nie pamiętam ani jednego snu związanego z książkami.

5. Jaką książkę chciałabyś dostać w prezencie?
Coś Dukaja albo Księgi Jakubowe Tokarczuk.

6. Jakiego koloru są ściany w twoim pokoju?
Aktualnie są fioletowe, ale w przyszłym roku będą jasnobrązowe :)

7. Którą ekranizację uważasz za lepszą od książki?
Hmm, to jedno z najtrudniejszych pytań, jakie widziałam. *Wchodzi na stronę filmweb, przegląda obejrzane filmy...* Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to Chłopiec w pasiastej piżamie, ale film podobał mi się bardziej tylko z jednego powodu: wzbudził we mnie więcej emocji.

8. O której z książek przeczytanych w 2015 roku nigdy nie zapomnisz?
Myślę, że o Annie Kareninie i o Dzienniku Bridget Jones - one najbardziej utkwiły mi w pamięci :)

9. Jaka piosenka ostatnio utknęła ci w głowie i nie mogłaś się jej pozbyć?
Pride - American Authors.

10. Jak planujesz spędzić Sylwestra?
Nie jest to jeszcze na 100% pewne, ale prawdopodobnie ze znajomymi :)

11. Leciałaś kiedykolwiek samolotem? Jak czułaś się podczas pierwszego lotu?
Nie, nigdy nie leciałam samolotem i trudno mi powiedzieć, czy wyczekuję tego pierwszego lotu, czy bardziej się go boję...

To już wszystkie odpowiedzi. Swoim zwyczajem nie nominuję nikogo konkretnego, ale jestem ciekawa, jak Wy byście odpowiedzieli na pytania Marty, więc zachęcam do komentowania. Przypominam po raz kolejny o konkursie (KLIK) - zgłoszeń jest przerażająco mało i wygląda na to, że rozdanie, które planuję dla Was w lutym przyszłego roku będę musiała odwołać...

Trzymajcie się ciepło i miłego wieczoru!

wtorek, 15 grudnia 2015

092. Lolita



Tytuł: Lolita
Tytuł oryginału: Lolita
Autor: Vladimir Nabokov
Tłumacz: Michał Kłobukowski
Ilość: 416 stron
 Wydawnictwo: Muza




  Lolita. Kiedy widzę to słowo na papierze albo słyszę je wśród rozmów z koleżankami, nie czuję niczego specjalnego. Może czasem lekko marszczę brwi wspominając historię dwunastoletniej dziewczynki. Może wzruszam ramionami zapytana o opinię po przeczytaniu. Może nawet zastanawiam się nad symboliką i przesłaniem (w końcu to klasyka literatury!). To wszystko jednak nie wystarcza - jestem zmieszana, zdezorientowana. Podobała mi się? Nie podobała? Warto przeczytać? Nie warto...?

Jestem pewna, że większości z Was Lolita jest znana chociażby ze słyszenia. Dawno, dawno temu, kiedy poprosiłam bliską osobę, by streściła mi mniej więcej o czym jest książka Nabokova, odpowiedziała: o pedofilu i dwunastolatce. Czytając te słowa, zapewne już możecie sobie kreować w myślach sytuacje, jakie opisuje autor. Widzę na Waszych twarzach pojawiający się niesmak, obrzydzenie i oburzenie, ale zanim osądzicie tę powieść po opisie, jak ja, doczytajcie recenzję do końca - nie wszystko jest tylko czarne lub tylko białe.

Podchodziłam do Lolity jak do śpiącego smoka - podejrzliwie, nieco sceptycznie i z wielką ostrożnością. Początek obiecywał wiele i zaciekawił mnie do tego stopnia, że uśpił moją czujność, a jak to mówią, im dalej w las tym więcej drzew. Wywody głównego bohatera były na przemian intrygujące i nużące. Wciągałam się w historię, by potem jak najszybciej przewracać kartki i wyczekiwać końca - moje odczucia względem tej książki zmieniały się jak w kalejdoskopie. Do teraz nie jestem pewna, czy polubiłam Lolitę, jeśli można mówić o polubieniu powieści o takiej tematyce. Miałam wrażenie, że Nabokov bawi się mną, raz mnie do siebie zachęcając, raz odpychając. Czułam się jak piłeczka przechodząca co chwilę na dwie różne strony: sympatyków i sceptyków. I chyba zostałam gdzieś pomiędzy...

...bo powieść jest zła tylko w dosłownym znaczeniu tego słowa: w tematyce jaką obrała i w bohaterach, jakich przedstawiono na jej kartach. Nie polubiłam Lolity i Humberta, nie kibicowałam im i było mi ciężko utożsamić się z którymś z nich. Mimo to pokochałam jedną rzecz: język. Nabokov pisze niesamowicie. Momentami trudno przebrnąć przez długie opisy, ciężko jest też wciągnąć się w historię, która na samą myśl wywołuje w nas obrzydzenie, jednak autor stara się nam to wynagrodzić. Gdybym miała porównać jego styl do jakiegokolwiek innego pisarza, nie potrafiłabym, bo jeszcze nie spotkałam się z kimś takim. Doceniam i szanuję - sztuką jest ubrać takie myśli w takie słowa. Jestem pewna, że do twórczości tego pana jeszcze kiedyś wrócę.

Nie mogę polecić tej książki wszystkim, bo zdaję sobie sprawę z tego, że historia w niej przedstawiona może być odebrana na wiele sposobów, niekoniecznie pozytywnych. Osobiście nie żałuję i jestem ciekawa innych utworów Nabokova, jednak po Lolicie pozostała we mnie pewna doza niesmaku. Kiedy wezmę głębszy oddech, przeanalizuję kolejny raz opowieść o dwunastoletniej dziewczynce i spojrzę na nią z większym dystansem, może podejmę się kolejnego wyzwania. Może. Póki co zachęcam Was do sięgnięcia, ale wyłącznie na własną odpowiedzialność.


Książka bierze udział w wyzwaniach:
Czytam Opasłe Tomiska 

piątek, 11 grudnia 2015

091. Godzina Zero



Tytuł: Godzina Zero
Tytuł oryginału: Towards Zero
Autor: Agata Christie
Tłumacz: Anna Bańkowska
Ilość: 176 stron
Wydawnictwo: Dolnośląskie




Trójkąt - podstawa i dwa boki. Mężczyzna i dwie kobiety. Krewni, znajomi, przyjaciele i jedna starsza pani, czyli królowa swojego gatunku powraca na mojego bloga i to w jakim stylu!

Bardzo lubię kryminały, zwłaszcza Agaty Christie. Krótkie, treściwe, bez zbędnych opisów - i właśnie taka będzie dzisiejsza recenzja. Nie ma potrzeby rozpisywać się na temat autorki, ale i o książce trudno coś napisać nie zdradzając przy okazji kluczowych momentów. Co więcej: fabuła na pierwszy rzut oka nie sprawia wrażenia ambitnej, oryginalnej czy chociaż poruszającej, więc wielu z Was może pomyśleć, że nawet nie warto zwracać uwagi na Godzinę Zero. Ale, ale...! Tutaj wkraczam ja i pokazuję, jak ocena czytelnika może się zmienić od opisu z tyłu okładki i prologu do zakończenia ostatniej strony.

Pierwsze rozdziały były nużące. Nie czułam, że czytam kryminał, raczej powiastkę obyczajową. Teraz wiem, że wprowadzenie było kluczowe dla rozwinięcia akcji, ponieważ kiedy już policja wkracza na scenę, a wszyscy bez wyjątku stają się podejrzani, napięcie rośnie z każdym przeczytanym akapitem. I nie zrozumcie mnie źle - nie jest ono specjalnie wyodrębnione, tak jak to ma miejsce u Katarzyny Bondy. Większość tekstu to dialogi, próżno tu szukać kwiecistych opisów, a jednak właśnie rozmowy wzbudzały we mnie niepokój i chęć poznania imienia przestępcy, co zazwyczaj się nie zdarza. Ale mówimy o Agacie Christie - u niej wszystko jest możliwe.

Najsilniejszą stroną są bohaterowie i, jak w każdej powieści autorki, mamy ich całą paletę, w której możemy przebierać do woli. Odmienna płeć, mniejszy lub większy iloraz inteligencji i różne motywy, by zabić. Oczywiście najlepsza rozrywka dla czytelnika to taka, w której może pogłówkować, pomyśleć nad rozwiązaniem zagadki i wytypować swoich "faworytów". Autorka utrudnia nam zadanie, wprowadzając pułapki, stosując gierki słowne i siejąc wątpliwości - to na pewno ten? Może jednak tamten? A czy ona nie ma nic na sumieniu...? 

Takie książeczki połykam na raz, nie znaczy to jednak, że źle się przy nich bawię i chcę je skończyć jak najszybciej, by "mieć je z głowy". Lubię kryminały, lubię Agatę Christie i lubię myśleć podczas przyswajania lektury, dlatego wiedziałam, że Godzina zero jest dla mnie. Jeśli i Wam sprawia przyjemność czytanie krótkiej, zwięzłej formy bez zbędnych opisów, ale z narastającym napięciem i wartką akcją, koniecznie sięgnijcie!


Przypominam o konkursie! KLIK

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Najlepsza Siódemka - wydanie specjalne!

Przypominam o konkursie - klik

To dziwne. Urodziny są zazwyczaj świętem, które chcemy obchodzić. Tort, świeczki, prezenty, życzenia. Rok bliżej do śmierci. Ten moment, kiedy na Twoim koncie na portalu społecznościowym pojawia się jedna cyferka wyżej, a ty czujesz się ważniejszy od innych. Pobłażliwie patrzysz na tych, którzy jeszcze nie dostąpili tego zaszczytu posiadania tylu wiosen co ty. A przecież rok temu myślałeś tak samo. I dwa lata temu. I pięć.

Najdziwniejsze w tym wszystkim, albo wręcz przeciwnie, jest to, że wcale nie czuję się mądrzejsza, dojrzalsza, lepsza. Jest 49 minut po północy, oficjalnie skończyłam siedemnaście lat, ale tak naprawdę wciąż mogłabym oglądać Króla Lwa i czytać Dzieci z Bullerbyn. Już wczoraj członkowie rodziny składali mi życzenia, a ja uśmiechałam się wymuszenie i dziękowałam za każde miłe słowo, chociaż żadne do mnie nie docierało. Wszystko było takie same. Zdrowia. Szczęścia. Pomyślności. Miłości. Dobrych ocen. Gdzieś w tym morzu życzliwości zabrakło mnie samej. Czegoś, co faktycznie sprawiłoby, że byłyby to moje urodziny, a nie kogoś tam następnego z kolei. Od kilku tygodni zastanawiałam się, co przedstawić Wam w Najlepszej Siódemce, co określiłoby mnie. 17 książek, które pokochałam? Zbyt banalne. 17 cytatów, które uwielbiam? Za trudne (jest ich o wiele więcej). 17... rzeczy lub osób, które mnie zmieniły? Moje. Osobiste. Prywatne. Intymne. Dlaczego nie?

Jeden
 Imagine Dragons - Demons


Dwa
John Green - Szukając Alaski


Trzy
J. K. Rowling - Harry Potter




Cztery i pięć
Requiem for a dream - sam soundtrack, jak i cały film


Sześć i Siedem
Two Steps From Hell i Thomas Bergersen - szczególnie ta piosenka:


Osiem
Hans Zimmer - Time


Dziewięć 
Charlie - film




Dziesięć
Glee - serial




Jedenaście
Taylor Swift - Back to december


Dwanaście
Coldplay - Fix you


Trzynaście
Antonia Michaelis - Baśniarz




Czternaście
Shameless - serial




Piętnaście
Krzysztof Kamil Baczyński
 


Szesnaście 
To opowiadanie
 http://draco-hermiona.blog.onet.pl/




Siedemnaście
Richard Paul Evans


Nie chcę pisać wyjaśnienia, dlaczego akurat ta książka, ta osoba, ta muzyka, ten film. Pojawiły się w moim życiu dokładnie w tym czasie, w którym powinny. Tak po prostu, zwyczajnie. Nie ma w tym drugiego dna ani symboliki. Niektóre były miłością od pierwszego wejrzenia, do innych musiałam dojrzeć, ale poznania żadnej z nich nie żałuję, mimo że niektóre były smutne, ciężkie lub trudne. 

Powspominałam, poniosły mnie emocje, więc może skończę tę chwilę tkliwości o drugiej w nocy i opublikuję ten post, bo jeszcze poleją się łzy wzruszenia. Sobie na kolejny, ostatni już rok oficjalnego dzieciństwa życzę tylko jednego: wytrwałości w tym, co kocham i do czego dążę. Wam: by tykający zegar i mijające lata nie przysłoniły tego, co najważniejsze. Wszystkiego najlepszego, sobie i Wam :)

niedziela, 6 grudnia 2015

Wygraj wymarzoną książkę!



Witajcie, kochani!
Dzisiaj przychodzę do Was z niespodzianką, która od kilku miesięcy chodziła mi po głowie. Dobrze wiecie, że uszczęśliwia mnie każde Wasze pojedyncze wejście, komentarz, opinia i nowy obserwator. Dajecie mi tyle radości, że przyszedł czas, bym i ja podarowała trochę radości Wam. Radziłam się znajomych, przyjaciół i blogerów, ale nie potrafiłam się zdecydować w kwestii nagród, więc uznałam, że najlepszą nagrodą będzie dla Was książka, którą sami sobie wybierzecie.  Zapraszam do zapoznania się z regulaminem.

Regulamin konkursu:
1. Organizatorem oraz fundatorem nagrody (nagród) jestem ja, autorka bloga Natala wśród książek.
2. Konkurs trwa od dzisiaj tj. 6 grudnia 2015 roku do 6 stycznia 2016 roku do godziny 23:59.
3. Wyniki zostaną ogłoszone w przeciągu 4-5 dni od daty zakończenia konkursu.
4. W konkursie mogą brać udział wszystkie osoby, ale bardzo proszę anonimów o podpisanie się.
5. Paczkę z nagrodą wysyłam tylko na terenie Polski.
6. Aby wziąć udział wystarczy być obserwatorem mojego bloga oraz wypełnić poniższe zgłoszenie:
     - e-mail
     - nick/imię i nazwisko
     - odpowiedź na zadanie konkursowe
Możecie również polubić fp bloga na facebooku - KLIK
7. Możecie zmienić wybór książki w trakcie trwania konkursu, ale bardzo proszę mnie o tym poinformować w komentarzu.
8. Wybiorę jedną osobę, której odpowiedź najbardziej mi się spodoba, jednak jeśli zgłoszeń będzie co najmniej 50, ogłoszę, tym razem drogą losowania, drugiego zwycięzcę. Gdyby, jakimś nieznanym mi cudem, uczestników konkursu zgłosiło się więcej niż 100, analogicznie obdarzę radością trzy osoby :) Wyniki pojawią się tutaj albo na fp bloga na facebooku.
9. Zastrzegam sobie prawo do zmiany regulaminu w dowolnym momencie w trakcie trwania konkursu (o czym zostaniecie poinformowani).
10. Biorąc udział w konkursie akceptujesz jego regulamin.

Zadanie konkursowe:
Wybierz jedną książkę, którą chciałbyś podarować sobie lub komuś innemu i krótko uzasadnij, dlaczego akurat tę książkę i dlaczego właśnie tej osobie. Może to być na przykład nagroda za wytrwanie w diecie, ukończenie trudnego wyzwania lub pomoc. Całkowita dowolność.
Bardzo proszę, żebyście nie pisali książki - limit to 10 zdań.

Jeśli nie jest to dla Was problem, możecie również udostępnić link do konkursu lub baner na swoim blogu, instagramie, fp - gdzie chcecie. Będzie mi bardzo miło :)

Życzę Wam wszystkim powodzenia i samych udanych prezentów w Mikołajki!



Znajdziecie mnie:

czwartek, 3 grudnia 2015

Listopadowy stosik!

Witajcie, kochani!
Obiecałam Wam pokazać stos i oto jest. Nie tyle przeraża mnie ilość pieniędzy, którą przeznaczam na książki (większość mam z antykwariatów i po przecenach), co świadomość, że powieści jest na półce coraz więcej, a doba trwa niezmiennie 24 godziny. Pytanie nasuwa się samo: kiedy ja to wszystko przeczytam? Zbliżają się Święta, ale niestety nie zawsze jest to czas odpoczynku. Dni poprzedzające Boże Narodzenie to okres przygotowań, zabiegania i nieustannej gonitwy za zniżkami i kupnem prezentów na ostatnią chwilę dla wnuczki kuzyna ojca babci od strony mamy. Warto czasami zatrzymać się, wziąć głęboki oddech i zastanowić się, czy to, za czym tak gonimy, nie leży dokładnie tu, przed naszym nosem. Ale nie będę Was męczyć swoją filozofią na ten temat: zapraszam na stosik!
Całość podzieliłam na dwa mniejsze stosy. Pierwszy z nich przedstawia moje zdobycze z Śląskich Targów Książki, a drugi to cała reszta uzbierana gdzieś tam, kiedyś tam, przez przypadek (lub nie).

 Od góry:
- Pentagram Jo Nesbo - uwielbiam Syna tego autora, więc już nie mogę się doczekać, aż sięgnę po tę książkę, zwłaszcza, że upolowałam ją za 10 zł na stoisku Fundacji Mam Marzenie!
- Tajemnica Joanny Chmielewskiej - j.w. Nie był to świadomy wybór, ponieważ ta książka, jak wszystkie na tym stoisku, była opakowana w brązowy papier, na którym wypisane były tylko trzy słowa-klucze (to pomysł Fundacji), ale mimo to cieszę się, że ją mam.
- Ostatnie historie Olgi Tokarczuk zdobyłam za kilkanaście złotych na stoisku z tanimi książkami i coś czuję, że autorka i tym razem pozytywnie mnie zaskoczy, tak jak to było w przypadku Prawieku i innych czasów.
- At First Sight Nicholas Sparks - j.w. kolejna książka do kolekcji w języku angielskim i to jeszcze tak dobrego autora. Nie mogłam się powstrzymać!
- Biesy Fiodora Dostojewskiego - przeceniona, pięknie wydana, no i Dostojewski - grzechem byłoby nie kupić!
- Dopóki śpiewa słowik Antonii Michaelis - znacie moją historię z Baśniarzem, więc zapewne nikogo nie zdziwi to, że kupiłam kolejną książkę tej autorki. Mam nadzieję, że czeka mnie potężna mieszanka emocji i porządny kac książkowy.
- Pielgrzym Terry Hayes - tyle razy Anitka zachwalała na kanale, to jak mogłabym przejść obojętnie! Tyle dobrych recenzji, zachwytów, ochów i achów...
- Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell - czyli największa zdobycz targowa, listopadowa i chyba nawet roczna. Ponad tysiąc stron i to jakich! Już nie mogę się doczekać, aż zacznę ją czytać, bo zapowiada się g e n i a l n i e !


Od góry:
- Atlas Chmur Davida Mitchella, który kupiłam za piętnaście złotych w jednej z tanich księgarni w Katowicach.
- Lolita Vladimira Nabokova - tę książkę wyczaiłam w antykwariacie za kilkanaście złotych i już ją zaczęłam, więc spodziewajcie się niedługo recenzji.
- Podaruj mi miłość - ten zbiór opowiadań jest moim wczesnym prezentem mikołajkowym od rodziców i przed Świętami na pewno po niego sięgnę!
- I odpuść nam nasze... Janusza Leona Wiśniewskiego - książka dla mamy, ale pewnie i ja kiedyś sięgnę po tego autora, więc nie zaszkodzi dodać tę książkę do stosu.
- Czas pokaże Anny Ficner-Ogonowskiej - chyba najbardziej wyczekiwana przeze mnie powieść ostatnich miesięcy!
- Mały Książę Antoine De Saint-Exupery czyli wygrana w konkursie u Olgi z Wielkiego Buka :)


Czytaliście coś z mojego stosu? Polecacie? A może chcielibyście którąś z tych powieści u siebie? Koniecznie dajcie mi znać o tym w komentarzu :)

wtorek, 1 grudnia 2015

Podsumowanie listopada!



Czy to już? Czy kartka z kalendarzem nie kłamie? Czyżby nadszedł... grudzień?

Zaczęło się coś pięknego: powrócił jeden z lepszych okresów w roku i mój ulubiony zimowy miesiąc czyli grudzień! Mikołajki, urodziny, Boże Narodzenie i Sylwester - nie wiem jak Wy, ale ja już nucę pod nosem świąteczne piosenki, wieszam lampki na regale z książkami i w przyszłym tygodniu zabieram się za robienie ciasteczek! Ale zanim wejdę w śnieżny (teoretycznie) i mroźny klimat, najpierw chcę zamknąć jesień i podsumować ubiegły miesiąc. Ciekawi? Zapraszam!

Przeczytane książki:
- Piękny drań - Christina Lauren
- Wystarczy, że jesteś - Małgorzata Gutowska-Adamczyk
- Pan Tadeusz - Adam Mickiewicz
- Piękny nieznajomy - Christina Lauren
- Zaginięcie - Remigiusz Mróz
- Wszechświaty. Utopia. - Leonardo Patrignani
- Zimowa opowieść - Mark Helprin
- Godzina zero - Agata Christie

Łącznie przeczytałam 2842 strony, ok. 94 strony dziennie. Jestem bardzo zadowolona, że przeczytałam dziewięć, dziewięć!, książek i mam tylko nadzieję, że utrzymam ten stan czytelniczy do końca roku!

A grudzień? Grudzień zapowiada się ciężko, zimowo, ale wciąż pięknie, jak przystało na miesiąc tylu cudownych i wyczekiwanych przeze mnie dni. W czwartek pojawi się stos z listopada. Nie zdradzę Wam póki co, co tam jest, ale przyznam, że nawet jak na mnie i moje szaleństwo czytelnicze zdrowo przesadziłam. Szóstego planuję dla Was niespodziankę, siódmego pojawi się specjalne zestawienie Najlepszej Siódemki, a pozostałe dni stoją pod znakiem zapytania. Może przygotuję dla Was jeszcze coś świątecznego, ciepłego i rozgrzewającego na mroźne wieczory, a reszta zależy od tego, co będę czytać w grudniu.

 Życzę Wam samych najlepszych lektur i ciepłych rękawiczek!

A jak Wam minął listopad? :)

poniedziałek, 30 listopada 2015

090. Zimowa opowieść



Tytuł: Zimowa opowieść
Tytuł oryginału: Winter's Tale
Autor: Mark Helprin
Tłumacz: Maciej Płaza, Joanna Dziubińska
Ilość: 696 stron
Wydawnictwo: Otwarte




 Zima. Pierwsze nasze skojarzenie to śnieg, biel, może mróz. Boże Narodzenie, lepienie bałwana, budowanie igloo. Składanie karmnika dla ptaków ze starszym bratem albo kupowanie czerwono-zielonych ozdób do domu i wieszanie lampek na regale z książkami. To jednak nie wszystko, bo czym byłaby najzimniejsza pora roku bez ciepłej, wzruszającej historii o miłości? Wiecie, najlepiej obyczajówki, gdzie ostatnie strony są szczęśliwym końcem, a my odkładamy powieść z głupim uśmiechem na ustach. Jeśli szukacie czegoś takiego i macie nadzieję znaleźć to w Zimowej opowieści, to pomyliliście drogę. Jeśli natomiast chcecie czegoś więcej, zapraszam do zapoznania się z recenzją.

 Nie musisz mi wierzyć. Nic się nie stanie, jeśli mi nie uwierzysz. Całe piękno prawdy polega na tym, że nie trzeba jej ogłaszać, ani w nią wierzyć.

 Chciałabym napisać Wam, o czym dokładnie jest książka Marka Helprina, ale jest to trudne ze względu na złożoność powieści. Początek nie jest skomplikowany, nawet trochę banalny. Mamy Petera, chłopaka bystrego, chociaż niezbyt zamożnego, który w trakcie próby włamania się do rezydencji rodziny Pennów, spotyka na swojej drodze Beverly, młodą, uzdolnioną, bogatą córkę troskliwego ojca. Dziewczyna, jakby mało było różnic i przeszkód między nią a Peterem, jest śmiertelnie chora. Kiedy autor przenosi nas kilkadziesiąt lat później, kolejne postaci łączą poszczególne wątki, w tym Petera i Beverly, które prowadzą do zaskakującego końca... No właśnie, czego?

[...] fizycy i ich poprzednicy zmuszeni byli oglądać wszechświat za pomocą rozmaitych narzędzi, swoje modele budowali tak, jak gdyby chcieli naparstkami przykryć otwarte niebo - dzieci natomiast z łatwością pokonywały strach i zwątpienie, docierały wprost do sedna.

Tak zaczyna się historia, która wbrew pozorom ma w sobie stosunkowo mało samego romansu. Autor zabiera nas w podróż do XX-wiecznego Nowego Jorku, gdzie magia przeplata się z rzeczywistością, a eksplozja słowa następuje tutaj z każdym kolejnym akapitem. Niedoświadczony czytelnik, taki jak ja, może już przy pierwszym rozdziale zachłysnąć się stylem Helprina - to jak skok do głębokiego basenu, kiedy przeżywamy początkowo szok przy pierwszym zetknięciu się z lodowatą wodą. Jesteśmy zaskoczeni, podekscytowani i przepełnieni emocjami, które pragną wydostać się na zewnątrz. Z każdą stroną chcemy więcej i więcej, jednocześnie nie spiesząc się z czytaniem i smakując każde słowo, jakbyśmy spijali samą śmietankę. Nie jest to jednak łatwa treść, którą można przyswoić w dwa lub trzy wieczory. Nie spodziewałam się tak złożonego i pięknie opisanego świata przedstawionego. Pierwsze rozdziały były intrygujące, ale z trudem wbiłam się w historię spisaną w Zimowej opowieści i do końca pozostawało we mnie lekkie poczucie zagubienia i dezorientacji.

Gdyby istniał ktoś taki jak archeolog duszy, mógłby zrekonstruować cały przebieg ludzkiego życia na podstawie wstydu i miłości - dwu wiecznotrwałych kolumn, które wrastają w czas, niepodległe przemijaniu. 

Czasem wystarczy jeden lub dwóch bohaterów i książka jest na wygranej pozycji. Tutaj z kolei nie ma możliwości, by znalazła się postać, która obniżyłaby wartość powieści. Wszyscy są do bólu prawdziwi, momentami nawet sprawiający wrażenie bardziej realistycznych niż w naszym prawdziwym świecie, zaczynając od Petera Lake'a, przez Beverly, jej rodzinę i przyszłe pokolenia, a kończąc na mieszkańcach miasta i urzędnikach Nowego Jorku. Każdy z nich żyje na kartach tej książki, łatwo jest nam współczuć mu, potępiać go, śmiać i płakać wraz z nim. Chcąc lub nie, sami stajemy się uczestnikami historii rozgrywającej się w mieście, w którym wszystko jest możliwe.

Entuzjazm samotnych ludzi jest czasem nie do wytłumaczenia. Kiedy coś ich rozweseli, intensywność i czas trwania ich śmiechu odzwierciedlają głębokość ich samotności, i są oni w stanie rżeć jak konie. Kiedy coś ich wzruszy, przeszywa ich jak kula, wzbudzając uczucia, które zbierają się w wielkie armie.

Zwykle przyporządkowujemy książkę do danego gatunku, ale w Zimowej opowieści nie ma jednego, sprecyzowanego kierunku, w którym biegnie fabuła. To istna mieszanka o miłości i magii, traktująca o sprawiedliwości, a przede wszystkim opowiadająca historię niezwykłego miasta, ożywionego i przepełnionego wiarą w jeszcze lepsze jutro, zagubionego i triumfującego jednocześnie. To pyszna, literacka podróż, która pozostawia w nas przedziwne uczucie zarazem pustki i nasycenia, a otwarte zakończenie daje tylko jedno - nadzieję. Koniecznie przeczytajcie!

Myślę, że próżnością jest myślenie, że możemy w ogóle się nie starać, a mimo to zostać wyróżnieni. Rozumiem to tak, że cuda zdarzają się tym, którzy ich poszukują, narażając się na porażkę. Zdarzają się tym, którzy całkowicie zatracają się w walce o dokonanie niemożliwego. 

Książka bierze udział w wyzwaniach:
Czytam Opasłe Tomiska

sobota, 21 listopada 2015

5 sposobów, by nie zasnąć w nocy przy dobrej książce



Witajcie, kochani!
Dzisiaj tym razem nie ma recenzji, bo Mróz trzyma mnie wciąż w swoich szponach i nie pozwala zagłębić się w żadną inną książkę. Jest to uciążliwe, ale właśnie dzięki Zaginięciu (recenzja) wpadł mi do głowy pomysł na ten tekst. Nie jestem nocnym markiem i zazwyczaj nie potrafię wytrzymać do trzeciej, czwartej w nocy czytając powieść, nawet jeśli okazałaby się nie wiadomo jak dobra. Są jednak pewne sposoby, które pomagają nam nie zasnąć przez całą noc i jeszcze czerpać przyjemność z lektury. Jesteście ciekawi?

1. Filiżanka kawy. Może dwie. Ewentualnie dziewięć. (Lub inny napój pobudzający.)
Zawsze wolałam herbatę i trzymałam się tej wersji do tego roku, ale wraz z drugą klasą liceum musiałam przyznać, że nie dam rady funkcjonować bez kofeiny we krwi. Na ten czas jeden kubek dziennie wystarcza mi w zupełności i wiem, że gdybym wypiła kolejny wieczorem, miałabym duży problem z zaśnięciem. Natomiast gdybym wypiła takich cztery... cóż, bezsenność murowana. Ale przynajmniej przeczytałabym dwie książki i zaczęła trzecią. 
Autorka nie ponosi odpowiedzialności za skutki uboczne i uszczerbki na zdrowiu po wypiciu kilku litrów kawy.

2. Pójście spać w południe i wstanie około godziny osiemnastej.
Tego chyba nie trzeba wyjaśniać. Sen zaliczony, jest energia, więc możemy się oddać nocnemu maratonowi. U mnie niestety ten sposób nie działa, bo nie potrafię zasnąć, jak za oknem jest jeszcze jasno, a rolety w tym przypadku nie działają. Zimą problem znika, bo już o piętnastej zaczyna się robić ciemno, jednak nie zawsze mamy wpływ na wybór dobrej książki na konkretną porę roku. Co więcej: niektórym sześć godzin dziennego snu nie wystarcza i są bardziej niewyspani niż byli przed zaśnięciem...

3. Wykałaczki/zapałki podtrzymujące powieki.
Prawda, że genialne? Pomysł ten wzięłam z filmu Jaś Fasola na wakacjach (Roman Atkinson w roli głównej), w którym nasz bohater prowadzi samochód i żeby nie zasnąć, ma umocowane zapałki, które podtrzymują mu powieki. Oczywiście może to być na swój sposób... niewygodne, ale czego nie poświęcimy dla dobrej powieści?

4. Koleżanki/koledzy.
Zbiorowe czytanie jest fantastyczną alternatywą dla osób, które są społeczne i którym nie przeszkadzają rzucane co pewien czas uwagi z sąsiedniej kanapy np. jak on mógł go zabić lub najświętszy buku, co też tyś najlepszego ze mną zrobił? Jeśli jesteście senni, druga osoba może Was szturchnąć, potrząsnąć Wami albo wylać na głowę szklankę zimnej wody (rozbudzenie gwarantowane!). Problem może pojawić się, jeśli wszyscy będziecie senni, zmęczeni, wasze powieki ciężkie, a poduszka taka miękka...

5. Dobra książka.
Wierzcie lub nie, ale jeśli znajdziecie powieść z prawdziwego zdarzenia, to nawet najbardziej wyczerpujący dzień nie będzie przeszkodą dla zarwania nocy. Może zabraknąć kawy, wykałaczek, zapałek, koleżanek i kolegów, a mimo to czytacie i czytacie aż do wschodu słońca, bez żadnych wspomagaczy po prostu oddajecie się historii i bohaterom. Można? Można!

Jesteście nocnymi czytelnikami? Znacie z autopsji te sposoby, które wymieniłam? A może wypróbowaliście inne, jeszcze lepsze? Zapraszam do dyskusji.

środa, 18 listopada 2015

089. Zaginięcie



Tytuł: Zaginięcie
Tytuł oryginału: -
Autor: Remigiusz Mróz
Tłumacz: -
Ilość: 512 stron
Wydawnictwo: Czwarta Strona




Trzymam dłonie kilka milimetrów od klawiatury i nie mogę zacząć. Żadne właściwe słowo nie przychodzi mi do głowy. Pomagam sobie książką - patrzę na nią, dotykam okładki, przejeżdżam kciukiem po kartkach i szacuję ich ilość. Nadal nic. Wreszcie odnajduję najciekawsze cytaty, wracam do zabawnych momentów i zamykam oczy, po raz kolejny będąc myślami z Chyłką i Kordianem. Dopadła mnie jedna z najgorszych odmian tzw. kaca książkowego, kiedy pragniesz z całych sił przeczytać kolejną część, a jej nie ma. I co teraz?

Zaginięcie to drugi tom o bezwzględnej prawniczce i jej przystojnym aplikancie. Tym razem przenosimy się do domku letniskowego państwa Szlezyngierów, którzy przeżywają prywatną żałobę - ich kilkuletnia córeczka, Nikola, zniknęła w tajemniczych okolicznościach. Kiedy policja wyklucza udział osób trzecich, wszystko wskazuje na to, że rodzice są winni przestępstwa. Jednak Chyłka nie byłaby Chyłką, gdyby nie próbowała znaleźć czegoś więcej...

Powrócił mój ukochany duet, a ja przepadłam w pięciuset stronach genialnej prozy. Zakochałam się w twórczości Remigiusza Mroza już w lipcu, ale nawet w snach nie śniło mi się coś tak dobrego, tak wstrząsającego, pełnego napięcia i budzącego tyle emocji. Każda kolejna strona sprawiała, że rozpadałam się na kawałki i ponownie się sklejałam - byłam w błędnym kole. Miałam ochotę jednocześnie przytulić tę książkę do serca i rozerwać ją na strzępy. Cytując jednego z moich ulubionych autorów: człowiek nie może czuć aż tyle, bo by eksplodował. Cóż, najwyraźniej obaliłam teorię Rona.

Zaginięcie wciąga bez reszty. Wszystko dzieje się szybko, nie ma miejsca na przerwy, oddech czy łyk herbaty. Od samego początku akcja rozwija się w szaleńczym tempie, a czytelnik zarywa noce, oblewa testy, odpuszcza sobie szkołę i pracę, byle tylko pozostać w świecie wykreowanym przez autora. Język jest łatwy w odbiorze, przyjemnie się czyta (jeśli można mówić o przyjemności płynącej z czytania jakiejkolwiek książki pana Mroza, bo podejrzewam u siebie załamanie nerwowe), a całości dopełniają zabawne dialogi między naszą wspaniałą prawniczką a Kordianem. Jeśli jeszcze jakimś cudem nie macie na półce twórczości tego pisarza, to zróbcie mi tę przysługę i idźcie do księgarni. Już.

Co tu dużo mówić: niezaprzeczalnie najlepszym elementem powieści jest Chyłka. Jej komentarze, cięte riposty i pomysły przerosły moje najśmielsze oczekiwania. W parze z Kordianem jest niezastąpiona, a ich rozmowy to czysta p e r f e k c j a. Powoli (bardzo, bardzo, bardzo, bardzo powooooooooli) rozwijający się wątek miłosny jest zaletą, bo nie skupiamy się na rozterkach i wątpliwościach bohaterów, ale na właściwej akcji. Niemniej pan Mróz naprawdę mógłby ich troszkę szybciej popchnąć ku sobie. Tylko troszeczkę. Odrobinkę.

Kasacja była niesamowita. Nie miałam pojęcia, że coś tak dobrego mogło wyjść spod pióra polskiego pisarza, a tu proszę, takie zaskoczenie! Remigiusz Mróz udowadnia, że kontynuacja wcale nie musi być gorsza od swojej poprzedniczki, a nawet wręcz przeciwnie: pierwsza część to jedynie zapowiedź, podczas gdy druga jest już, albo dopiero, przystawką. Na danie główne chyba będziemy musieli jeszcze trochę poczekać, ale dla Chyłki zrobię wszystko, przysięgam.


Książka bierze udział w wyzwaniu:
Czytam Opasłe Tomiska

sobota, 14 listopada 2015

088. Chłopiec w pasiastej piżamie



Tytuł: Chłopiec w pasiastej piżamie
Tytuł oryginału: The boy in the striped pyjamas
Autor: John Boyne
Tłumacz: Paweł Łopatka
Ilość: 192 strony
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie




II Wojna Światowa to temat, który jest dla mnie bardzo trudny. Nigdy nie interesowałam się historią i w szkole również za nią nie przepadałam, ale, głównie przez wzgląd na Baczyńskiego, mojego ulubionego poetę, nie potrafię przejść obojętnie obok takich wydarzeń. Najpierw obejrzałam Chłopca w pasiastej piżamie i uważam za cud to, że nikt mi zawczasu nie zdradził zakończenia, przez co przepłakałam ostatnie kilka minut. Teraz przyszedł czas na książkę i... nie wiem. Naprawdę nie wiem, co o niej myśleć.

Głównym bohaterem jest 9-letni Bruno. Wraz z siostrą Gretel i rodzicami jest zmuszony przeprowadzić się z Berlina do miejsca znajdującego się obok obozu koncentracyjnego, którego komendantem jest ojciec Bruno. Chłopiec czuje się samotny w nowym domu, więc często wyprawia się do lasu i okolic, gdzie ma nadzieję przeżyć wiele przygód. Kiedy pewnego dnia natrafia na Szmula, swojego rówieśnika, ma nadzieję, że będzie to początek pięknej przyjaźni. Mają ze sobą wiele wspólnego, jest tylko jeden problem, który ich dzieli: drut kolczasty.

Gdybym przeczytała najpierw książkę, a potem dopiero obejrzała ekranizację, to może, może, patrzyłabym na zakończenie inaczej. Wyszło jak wyszło, mleko rozlane, musztarda kupiona po zjedzeniu ostatniego kęsa i nie chcę się nad tym rozwodzić, bo nie ma to większego sensu. Chciałam przeczytać o czymś, co wzbudziłoby we mnie emocje i tak, nie obyło się bez wzruszeń, smutnego pociągania nosem i pustki po skończeniu ostatniej strony. Polecam ją każdemu, bez względu na wiek czy płeć, bo uważam, że jest to lektura obowiązkowa. Mimo to film zrobił na mnie większe wrażenie. Może samym obrazem, może muzyką, może zaskoczeniem.

Poznajemy całą historię z punktu widzenia 9-letniego chłopca. To bardzo ryzykowny zabieg, bo mogłoby się okazać, że książka jest zbyt infantylna i dziecinna, jednak autor idealnie wykreował Bruno, który od razu budzi w czytelniku sympatię, ale też nie sprawia głupiutkiego, rozkapryszonego malucha. Jest jeszcze nieświadomy pewnych rzeczy i ciekawski jak każde dziecko, co w połączeniu może dla niego oznaczać tylko jedno: kłopoty. 

Krótka, bo licząca ledwo 200 stron książka to opowieść o krzywdzie, którą człowiek wyrządził człowiekowi. Dzisiaj w obliczu tragedii, która miała miejsce w Paryżu, jeszcze trudniej zrozumieć nam, zwykłym ludziom, kim trzeba być, by z pełną świadomością zabijać ludzi i to z jakiego powodu: w imię religii? Zazdrości? Czystej nienawiści? Chłopiec w pasiastej piżamie jest przestrogą i jednym z wielu dowodów, że chyba jednak coś jest nie tak, jak być powinno. Czas zastanowić się nad sobą, ale patrzeć dalej niż poza czubki własnych butów i nosa. Przystanąć i pomyśleć. Może to, co teraz napiszę, jest nie na miejscu, szczególnie dla rodzin ofiar, ale najważniejsza powinna być teraz wiara. W siebie, w przyjaciela, w człowieka.

czwartek, 12 listopada 2015

087. Wystarczy, że jesteś



Tytuł: Wystarczy, że jesteś
Tytuł oryginału: -
Autor: Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Tłumacz: -
Ilość: 296 stron
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia





Poznajcie Weronikę. To zwykła dziewczyna, zwykła historia i zwykłe marzenie - mieć chłopaka. Uważa się za gorszą od swoich rówieśniczek, bo nigdy się nie całowała, namiętnie czyta Zmierzch i czeka na księcia z bajki, który swoją aparycją i charakterem byłby tak doskonały jak sam Edward Callen. Mimo to jest pesymistką i wątpi w istnienie kogoś, kto mógłby ją pokochać. Jednak, jak to bywa w pięknych książkach i filmach, pewnego dnia pojawia się ktoś wyjątkowy, kto dużo namiesza w jej codzienności. Jak poradzi sobie Weronika i czego możecie się spodziewać po tej powieści? 

Nie oczekiwałam arcydzieła. Polska autorka, banalna opowieść i przeciętna bohaterka - nic specjalnego, prawda? Chciałam lekką, przyjemną książkę, która oderwałaby moje myśli od szkoły i obowiązków i... dostałam ją. A wraz z nią coś, czego nie znalazłam w żadnej innej tego samego gatunku. Realizm. Prawdopodobieństwo, że dziewczyna o imieniu Weronika mogła istnieć, że coś takiego mogło się zdarzyć, a ona mogła spotkać kogoś, o kim zawsze marzyła. Małgorzata Gutowska-Adamczyk poruszyła problem, który często przewija się w powieściach młodzieżowych, ale jeszcze nigdy nie był ujęty pod kątem zwykłego życia czy przeciętnego wyglądu. Każdy z was zna miliony bohaterek, które swoją urodą mogłyby przyćmić najlepsze z modelek, a przecież nie spotkacie ich na co dzień w spożywczym lub w szkole. Natomiast Weronika mogłaby być waszą koleżanką, siostrą, kuzynką. To, jak prawdziwa jest ta historia, zmienia całkowicie moją ocenę względem Wystarczy, że jesteś i stanowi jej największy plus.

Pragnęła bowiem miłości. Pragnęła rozpaczliwie. Miłość właśnie nadałaby sens jej idiotycznemu życiu, uwzniośliła je i opromieniła blaskiem. Miłość byłaby najwspanialszą nagrodą i ucieczką od popapranej, bezcelowej egzystencji. 

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy po zaczęciu lektury, to pióro autorki. Byłam pod wielkim wrażeniem wszystkich trafnych myśli, które pojawiały się w tej książce - niby to już było, właściwie to każdy o tym wie, ale pierwszy raz czytałam książkę, w której byłoby to napisane prosto z mostu, bez owijania w bawełnę, stosowania zapierających dech w piersiach opisów czy wyliczenia wszystkich niezwykłych czynów, których dokonał bohater. Nie, nie dostaniemy tutaj perfekcyjnej pod każdym względem postaci i nie, nie okaże się, że książę z bajki czekał na nią pod drzwiami przez te wszystkie lata. Przewidywalność Wystarczy, że jesteś pojawia się na pierwszych kilkudziesięciu stronach, ale stopniowo zanika i warto się przekonać, że istnieją powieści bez lukru i wyidealizowania, za to pełne prostych prawd życiowych, które owszem, znamy, ale mamy tego świadomość dopiero po przeczytaniu tej książki.

Zaskoczenie. To chyba najlepsze słowo opisujące tę powieść. Nie spodziewałam się czegoś tak prawdziwego i wiem, że będę miło wspominać Weronikę i jej historię. Jeśli lubicie klimaty młodzieżówek, ale macie już dość schematu Zmierzchu i idealnej miłości, koniecznie sięgnijcie po Wystarczy, że jesteś.

sobota, 7 listopada 2015

Najlepsza Siódemka! #5


Witajcie, kochani!
Dzisiaj przychodzę do Was z postem nieco później, ponieważ cały dzień spędziłam na Targach w Katowicach i nie dałam rady napisać Najlepszej Siódemki przed wyjazdem. Tym razem coś przyjemnego i z pewnością większości z Was znajomego - siedem polskich booktuberów, których najchętniej oglądam. Nie obyło się bez dwóch bonusów, bo co ja poradzę, że uwielbiam wszystkie kanały? Oczywiście kolejność, poza Numerem Jeden, całkowicie przypadkowa. Zapraszam!

Numer Siedem
Caroline in the Bookland 

Na Karolinę trafiłam przypadkiem, bodajże dzięki innemu bootuberowi, który wspomniał o niej w swoim filmiku. Śledzę wszystkie jej nagrania, od recenzji po wrap upy włącznie, ale tagi to coś, co mogłabym oglądać u niej na kanale cały czas. To jej wina, że od kilku miesięcy po głowie chodzi mi trylogia "Kręgu", ale jestem w stanie wybaczyć jej wszystko. Może poza częstotliwością dodawania filmików, bo ostatnio są publikowane coraz rzadziej...

Numer Sześć
Esa Czyta

Z Esą, czyli z Kingą, jestem od bardzo dawna. Podziwiam ją za to, że czyta tyle polskiej literatury, kupuje książki po złotówce, a nie jak ja po dwadzieścia pięć i za kreatywność w swoich recenzjach. Gdyby nie ona, nie poznałabym twórczości Remigiusza Mroza, więc to jeszcze jeden powód, by śledzić jej filmiki. Zachęcam!

Numer Pięć
Wielki Buk

Z tym kanałem było u mnie dość ciekawie. Z początku nie mogłam przyzwyczaić się do szerokiego uśmiechu Olgi i jej optymizmu, więc i jej filmiki niezbyt mi się podobały. Potem jednak, jak już subskrybowałam ją kilka tygodni, coraz bardziej podobała mi się tematyka i fakt, że często mówi o horrorach, kryminałach i thrillerach. Przełamałam się i żałuję, że wcześniej nie doceniałam jej recenzji. Dzisiaj nie wyobrażam sobie tygodnia chociażby bez jednego jej filmiku.

Numer Cztery
TotallBookNerd 7

Klaudię obserwuję od niedawna, ale chyba nadrobię w wolnym czasie wszystkie jej filmiki, które wcześniej nagrała, bo... uwielbiam ją. Jej podejście do książek i herbaty jest bardzo zbliżone do mojego, a lekkość i humor świetnie dopełniają każde nagranie. Koniecznie zajrzyjcie! 

Numer Trzy
Więcej Książków

Nie wierzę, że istnieje ktoś, kto śledzi polskiego booktube'a i nie kojarzy Darii. Od jej pierwszego obejrzanego przeze mnie filmiku wiedziałam, że będzie to jedna z moich ulubionych recenzentek. Przekonała mnie do naprawdę wielu, wielu książek, ale te, które najbardziej utkwiły mi w pamięci, to Dziewczyna z pomarańczami, Cień Wiatru oraz cała twórczość Cassandry Clare i Sarah J. Mass. Cenię ją za szczerość, entuzjazm i filmik dotyczący serii Dary Anioła, który zaspojlerował mi wieeeele rzeczy (oczywiście oglądałam go na własną odpowiedzialność), ale był zrobiony naprawdę genialnie. Jak każdy.

Numer Dwa
Martha Oakiss [Secret-Books]

Niby celowo nie układałam w kolejności od tej najmniej najlepszej (polska język trudne bardzo) do najlepszej, żeby nikogo nie faworyzować, ale to już nie przypadek. Marta to pierwsza booktuberka, którą zasubskrybowałam i zaczęłam oglądać na bieżąco, bo coś w niej jest, co nie pozwala mi pominąć żadnego z jej filmików. Może to częste aluzje do jej ukochanego Sherlocka, miłość do serii paranormalnych/fantastycznych, o których wielu innych zapomina, może humor i żarty, które od razu do mnie trafiły, a może wszystko po trochu? Nie mam pojęcia. Najważniejsze, że Marta czyta, nagrywa i dzieli się z nami swoim czytelniczym życiem, bo booktube bez niej nie byłby booktubem.

Numer Jeden
Anita z Book Reviews

Oczywiście nie obyło się bez kanału, który ROZPIERNICZA SYSTEM, i to totalnie! Na pierwszym miejscu bezapelacyjnie moja najukochańsza Anita z Book Reviews, którą uwielbiam, uwielbiam i jeszcze raz uwielbiam! Nigdy nie sądziłam, że entuzjazm do jakiejś książki może być aż tak zaraźliwy. Że można o książkach mówić tak dobrze, tak płynnie i rzeczowo, ale jednocześnie nie zanudzić widza. Pomimo różnicy wieku czasami czuję, że to właśnie Anita rozumie mnie jak nikt inny. Jej miłość do Harry'ego Pottera, do Akademii Wampirów, do Remigiusza Mroza, Stephena Kinga, do setek bohaterów męskich, o których mogłaby mówić godzinami, a ja nie nudziłabym się ani przez sekundę - to wszystko składa się na kanał idealny. Kto jeszcze nie widział - wstyd i hańba. 

Dwa bonusy: 
Abigail Jailette

W zestawieniu nie umieściłam Abi, bo właściwie bardziej znam ją od strony blogowej niż vlogowej. Co oczywiście nie zmienia faktu, że każdy jej filmik oglądam z wielką przyjemnością, a przy book haulach aż mnie palce świerzbią od widoku tych wszystkich książek, które są pokazywane na filmiku. Na żywo jest przesympatyczna i chyba nie ma osoby, która mogłaby jej nie lubić.

Maja K.

Również Mai nie umieściłam w głównym zestawieniu, bo ona już nie jest stricte booktuberką - nagrywa wiele innych, ciekawych rzeczy, chociaż często pozostaje w temacie książek. Jestem zakochana w jej vlogach, które tworzyła podczas wycieczki po Europie i nie oszukujmy się: jej poczucie humoru potrafi poprawić samopoczucie każdemu!

Znacie booktuberów, których wymieniłam? Śledzicie polskiego booktube'a? A może subskrybujecie kogoś, kogo nie ma w powyższym zestawieniu, a uważacie, że powinien się znaleźć? Zapraszam do komentowania!

środa, 4 listopada 2015

Kac książkowy w praktyce


     Koc, gorący napój, dobra książka i spadające liście za oknem. Może mżawka, może ulewa, może burza, a może już deszcz ze śniegiem. Zakopany w wielu ciepłych warstwach wełny, siorbiesz głośno herbatę, wdychasz swoje ulubione połączenie granatu i maliny, wcześniej jeszcze podkładasz pod plecy siedem poduszek i przewracasz kolejne strony. Po kilku godzinach leżenia w tej samej pozycji czujesz, jakby przejechała po Tobie śmieciarka, ale za nic na świecie nie zmienisz położenia. Dotarłeś do epilogu, widzisz końcowy akapit, czytasz ostatnie słowo... Zaraz, jak to ostatnie? Gdzie kolejne 20 rozdziałów? Przecież autor nie mógł tak postąpić z historią, z fabułą, z bohaterami! To niehumanitarne, bezczelne, straszne, absolutnie niewłaściwe, złe, koszmarne, haniebne, brutalne, beznadziejne, niemiłosierne, niemoralne, nieodpowiednie, odrażające...
Brzmi znajomo, prawda? 


      Książka, która nie wzbudza emocji, nie jest dla mnie dobrą książką. Powtarzam to dość często w swoich recenzjach, więc to nie powinno być zaskoczeniem dla większości z Was. Nudna fabuła jest jak czwarta lekcja matematyki pod rząd - kiedy zdajesz sobie sprawę, że jeszcze 45 minut dzieli Cię od jej skończenia, zaczynasz walić głową w biurko. Nie zawsze najważniejsze są te dobre uczucia. Czy to radość ze spotkania Luny Lovegood po raz tysięczny, czy niecierpliwe czekanie na śmierć irytującej bohaterki, Ty chcesz jednego - kontynuować powieść, by poznać zakończenie. Mówiąc dzisiaj o kacu książkowym, kładę nacisk właśnie na emocje, bo w tym beznadziejnym czytelniczym przypadku one grają pierwsze skrzypce. I drugie. I czwarte też...


     Nie lubię słowa kac. Kojarzy mi się z menelami spod monopolowego, pijanymi nastolatkami i okropnym zapachem. Jednak nic, absolutnie nic, nie oddaje stanu, w którym tkwi czytelnik po skończeniu szalenie dobrej książki, jak właśnie kac książkowy. Główna postać wybrała gorszego partnera? Jedno piwo! Autorka zmieniła wątek o sto osiemdziesiąt stopni? Kieliszek wina! Zmarł Twój ukochany bohater? Ech, po co komu szklanka, skoro można pić z gwinta. I tak, zamiast dawkować sobie rozdziały, my brniemy przez historię jak zakochany książę przez ciernie i chwasty do ukochanej, tylko na końcu nie ma pięknej twarzy śpiącej królewny, a jedynie jej but i karteczka z napisem może w przyszłym roku, powodzenia! W głowie pojawia się tylko jedno pytanie: jak z tego wyjść?


     
Nie wiem. Jestem chyba najgorszym przypadkiem kaca książkowego, który trwa już ponad pięć lat. Pięć cholernie długich, łzawych, pełnych angstu i poetyckiego cierpienia lat, kiedy zadaję sobie pytania o sens posiadania swojej ulubionej pary literackiej i życia. Co nie zmienia faktu, że jednak jakoś funkcjonuję w społeczeństwie i jeszcze nie mam ochoty popełnić samobójstwa, a wszystko dzięki temu, że... odpuściłam. Tak, wracałam do tej pamiętnej sceny wiele razy i za każdym kolejnym płakałam, ale pilnowałam, żeby nie zaniedbywać innych książek, szkoły, znajomych. To mnie odciągnęło od całodziennego chodzenia w piżamie, potarganych włosach i chęci zabicia pierwszej osoby, która mi się napatoczy. Czas jest najlepszym lekarstwem.

     Ale łatwo mówić, trudniej zrobić. Może lepiej przeczekać kaca książkowego i nie zaczynać niczego nowego? Odpocząć, wziąć głęboki oddech i zastanowić się nad właśnie przeczytaną powieścią? Zwykle jest tak, że najbardziej cierpi lektura, która próbuje nas ściągnąć z powrotem do rzeczywistości. Choćbyś nie wiem jak bardzo chciał, Twoje myśli wciąż będą uciekać do świata z tamtej książki, a Ty nie będziesz umiał cieszyć się należycie z obecnej. 

     Najlepszym rozwiązaniem byłby złoty środek. Czytać dalej, ale nie na siłę. Wracać we wspomnieniach do szczególnych wątków, ale nie pozwolić, by zasłoniły nam to, co czeka nas w przyszłości. Najmądrzejszy czarodziej świata kiedyś powiedział:

Naprawdę niczego nie daje pogrążanie się w marzeniach i zapominanie o życiu

Po części się z nim zgadzam, po części nie. To jednak jest już temat na osobną dyskusję. 
 
_______________________
____________
Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach, czym dla Was jest kac książkowy, czy w ogóle wierzycie w taki stan i jak sobie z nim radzicie. Z wielką przyjemnością poczytam również o największych książkowych kacach, jakie Wy przeżyliście :)