Tytuł: List
Tytuł oryginału: The letter
Autor: Richard Paul Evans
Ilość: 320 stron
Wydawnictwo: Znak literanova
Największej mądrości życiowej nie uczą nas
zakurzone tomy dzieł filozoficznych, ale ludzkie czyny, każdy oddech i
gest współczucia.
Mam nadzieję, że każdy z Was zna lub chociaż kojarzy Evansa, a jeśli nie, to niech się wstydzi. Jego książki zawsze robiły na mnie wrażenie, nic więc dziwnego, że gdy usłyszałam o premierze jego nowej powieści, wprost nie mogłam się doczekać by ją przeczytać. Co więcej, wydarzenia w niej opisywane są poniekąd kontynuacją z Zegarka z różowego złota, który uwielbiam, dlatego nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby nie kupić Listu.
Co z tego, że wszystkie książki Evansa są do siebie uderzająco podobne? Co z tego, że każda zawiera w sobie właściwie to samo przesłanie? Co z tego, że prawie wszystkie kończą się tym samym happy endem? To naprawdę nie jest ważne dla nas - fanów autora - bo w każdej przeczytanej historii zakochujemy się na nowo w języku, lekkości i klimacie, który niczym niewidzialny pył jest rozsiany na kartach powieści i przenosi nas do właściwej akcji. Jest jak pyszna gorąca czekolada w zimowy wieczór, którą piliśmy już tysiące razy, a mimo to wciąż do niej powracamy.
Emocje, emocje, emocje... Każda strona jest przepełniona rozterkami i myślami bohaterów, które odpowiednio przedstawione, pozwalają czytelnikowi na odczuwanie ich z taką samą intensywnością co główne postaci. Ponadto autor umiejętnie lawiruje między jedną ważną sentencją a drugą, nie próbując być mądrzejszym od czytelnika, a jedynie zaznaczając, na co powinniśmy zwrócić uwagę przy czytaniu. Zdecydowanie najbardziej podobają mi się nieco banalne, ale prawdziwe cytaty na początku każdego rozdziału, będące już znakiem charakterystycznym Evansa, zmuszające nas do refleksji i przemyśleń nawet po skończeniu książki i poruszające w nas te wrażliwe aspekty, z których sami moglibyśmy nie zdawać sobie sprawy.
Oczywiście myślą przewodnią powieści jest miłość, która pokona wszelkie przeciwności losu, stanie w obronie nieszczęśliwego, nie przeminie i będzie symbolem nowego, lepszego początku. Musimy jednak pamiętać o pewnej ważnej rzeczy, do której nawiązuje autor, przenosząc nas w lata trzydzieste ubiegłego wieku, a mianowicie do prześladowań ciemnoskórych. Wątek nie jest może specjalnie rozbudowany, ale niektóre opisywane sytuacje dają do myślenia, a jedna wyjątkowo mną wstrząsnęła. To, co działo się w tamtym czasie w Ameryce, jest niesamowicie smutne, ale też pokazuje, jak podejście ludzi potrafi się zmienić na przestrzeni lat.
List może się wydawać kolejną książką mówiącą o ponadczasowej miłości, pełnej wzajemnych wyrzeczeń i poświęcenia, ale jest to również powieść dająca nadzieję i pogłębiająca naszą wiarę - powieść, która pomimo lekkości przy jej czytaniu porusza trudne tematy, a także wyzwala w nas mnóstwo emocji i pozostaje w pamięci, zwłaszcza poprzez zakończenie. Polecam z całego serca!
Moja ocena:
8/10
A na cudowny, słoneczny początek popołudnia soundtrack z Gwiazd naszych wina! <3