piątek, 5 września 2014

022. Morze spokoju






Tytuł: Morze spokoju
Tytuł oryginału: The Sea of Tranquility
Autor: Katja Millay
Ilość: 456 stron
Wydawnictwo: Jaguar








Żyję w świecie pozbawionym magii i cudów. W miejscu, gdzie nie ma jasnowidzów czy zmiennokształtnych, żadnych aniołów czy supermanów gotowych ocalić Twoje życie. W miejscu, gdzie ludzie umierają a muzyka potrafi ich skłócić, a wiele rzeczy jest do bani. Jestem tak mocno osadzona na ziemi przez ciężar rzeczywistości, że czasami zastanawiam się jak to możliwe, że nadal potrafię unosić moje nogi podczas chodzenia.
Nie czytaj New Adult, mówili. Będziesz płakać, cierpieć, gryźć poduszkę, mówili. Niestety jestem osobą, która uczy się jedynie na własnych błędach, więc co zrobiłam? Zaczęłam czytać Morze spokoju. Musiałam przekonać się na własnej skórze czym są te emocje, o których głośno i przed którymi mnie ostrzegano. Jak na tym wyszłam?

Główną bohaterką jest Natsya i... tu właściwie oryginalność tej książki się kończy. Tak, drodzy państwo, na imieniu. Zupełnie jakbyśmy chcieli poznać przepis na bestseller z kategorii New Adult i voilà!, mamy go podanego na tacy. Składnikiem łączącym wszystko jest dziewczyna; do niej dodajemy chłopaka (pamiętajmy, że oboje mają za sobą trudną przeszłość), kiełkującą pomiędzy nimi miłość (ale nietypową! Nie ckliwy romansik, o nie!) i problematykę okresu dojrzewania (seks, narkotyki, alkohol, papierosy). To wszystko mieszamy w mikserze stylu "młodzieżowego", dosypujemy kilka kolokwializmów i zwieńczamy jednym wielkim zwrotem akcji (tak z 30-40 stron przed końcem). Smacznego! Albo nie...

Zaczniemy od rzeczy najsmutniejszych, bo dzisiaj jest taki cudowny dzień, że chcę to mieć za sobą i napisać Wam, co mi się w tej powieści podobało, ale zacznijmy może od jednego wielkiego rozczarowania, które ogarnęło mnie po przeczytaniu 40 stron książki. Wiem, wiem, to mało i na podstawie takiej ilości nie powinnam oceniać pozycji, ale proszę Was!, banalność aż kapała ze zdań. Mało tego, wszystko było tak do bólu przewidywalne, że gdy przyszłam do mojego osobistego banku spojlerów (czyt. kuzynki), zadałam jej trzy główne pytania (żeby się upewnić, bo właściwie znałam już na nie odpowiedź) i dostałam odpowiedzi twierdzące, chciało mi się płakać. Nie jestem jakimś Sherlockiem czy Herkulesem Pairot, ale pewien poziom intrygi, jeśli już się o niej pisze, powinno się utrzymać. A tu placek (żeby nie wyrażać się brzydko).

Na szczęście autorka nie sknociła całej książki, dzięki czemu jestem z niej naprawdę całkiem zadowolona. Wszystko ratują realistyczne opisy przeżyć (bo niestety nie otoczenia) głównej bohaterki i nadają cudowne tło uczuć, które można sobie wybierać niczym z palety kolorów. Na okładce pisze, że książka złamie Ci serce i sklei je na nowo - coś w tym musi być, bo moje złamała chyba z pięć razy. Lekki styl, barwne, prawdziwe zobrazowanie problemów Natsyi oraz napięcie, które utrzymało się tak mniej więcej od 1/4 książki do samiutkiego końca, co mnie bardzo cieszy, bo dzięki temu mogę podwyższyć ocenę tej pozycji (a dobrych ocen nigdy za wiele!). 

Wprost nie mogłam się oderwać od Morza spokoju. Spędziłam pięć bitych godzin u kuzynki, odpuszczając sobie obiad i część kolacji, bo akcja, jak już zaskoczy, pędzi jak szalona. Nie wiem, jak to się stało, ale nawet nie pamiętam, co wtedy robiłam. Czy zmieniałam pozycję, czy piłam herbatę, czy załatwiałam potrzeby fizjologiczne - to wszystko rozmyło się na rzecz fabuły, bo pomimo braku co lepszych i oryginalniejszych wątków, tak szczegóły i przebieg akcji w zupełności zaspokoiły mój głód czytelniczy. Co jednak trzeba przyznać - przy żadnej książce nie poczujecie tyle, ile przy New Adult. Hopeless mnie rozbiło, ale to Morze spokoju całkowicie pozbawiło mnie emocji - wszystkie przeżyłam podczas czytania, bardzo wątpię, by jakieś jeszcze mi pozostały. 

Szczególnie upodobałam sobie lekki styl autorki, który jest łatwy w odbiorze i nie występują w nim tzw. opisy Tolkienowskie, nad którymi trzeba siedzieć tydzień, żeby rozkminić, gdzie wschód, zachód i jak w tym wszystkim odnajduje się Frodo. Oczywiście nie neguję tutaj autora LoTR-a, co to to nie (przecież zaraz by mnie zjedli fani), ale do New Adult, gdzie miłość rośnie wprost proporcjonalnie do szybkości przewracania kartek, średnio to pasuje. No bo wyobraźcie sobie: dziewczyna i chłopak. Sami. W lesie. Gwiazdy świecą na niebie, cykają świerszcze, gdzies tam daleko pohukuje sowa. Tylko milimetry dzielą bohaterów od pocałunku a tu bum! i autor zaczyna opisywać pobliską sosnę. Denerwujące, prawda?

Książka, pomimo niestrawnego początku, bardzo mi się spodobała i mogę ją śmiało polecić wszystkim, przy czym nie ma tu żadnego szczególnie osobom, które są fanami tego i owego, nie. Kto jeszcze nie spotkał się z takim gatunkiem, radzę sięgnąć jak najszybciej (osoby co wrażliwsze uprasza się o skomplementowanie paczki chusteczek. Ewentualnie dwóch), a ci, którzy znają i lubią, wiedzą z czym to się je i mniej więcej rozróżniają schemat, jakim kierują się tego typu powieści. Potężna dawka emocji i ciągłość w czytaniu gwarantowana, łzy szczęścia i smutku gratis.

Moja ocena:
8/10 
Przypominam o konkursie, zostało 10 dni do rozstrzygnięcia i wylosowania zwycięzcy :)