Dzisiaj przychodzę do Was z dwoma serialami, które oglądam/oglądałam i kocham/uwielbiam/składam hołd (niepotrzebne skreślić). Nie jestem osobą poświęcającą nie wiadomo ile czasu na seriale (chociaż nie, jednak jestem), ale z jakiegoś powodu obie produkcje przekonały mnie do siebie na tyle, bym obejrzała wszystkie dotychczasowe (wyemitowane) odcinki i z niecierpliwością oczekiwała na kolejne (te, które są zapowiedziane, bo Glee już niestety się skończyło). Zapraszam!
1. Gra o Tron/Game of Thrones (5 sezon od 12 kwietnia)
Amerykański serial fantasy, którego podstawą jest cykl powieści autorstwa George'a R. R. Martina "Pieśń Lodu i Ognia". Już nie pamiętam, co zaczęłam jako pierwsze, serial czy książkę, jednak to akurat nie jest ważne, bo obie wersje pokochałam taką samą miłością. Akcja dzieje się na kontynencie Westeros; rozgrywa się tutaj, jak w tytule, krwawa gra o tron - zwycięzca może być tylko jeden. Mamy tysiąc pięćset postaci, z czego spojler alert tysiąc ginie już w pierwszym sezonie. Rada na przyszłość? Nie przywiązujcie się do żadnego bohatera. Żadnego. Jeśli pokochacie prawego, odważnego rycerza lub zwiewną, piękną, powabną damę dworu... ups i już ich nie ma. To boli. Czasami zastanawiam się, czy Martin nie siedzi w mojej głowie i nie zabija po kolei wszystkich tych, których uwielbiam. Myślą przewodnią jest zdanie Valar morghulis - wszyscy muszą umrzeć. No cóż...
Plotki krążą, że na końcu serialu/cyklu książek będzie tylko śnieg, który zasypie całą krainę, a władzę będą sprawować Inni. Nie wiem, nie znam się, nie oceniam, ale pamiętajcie, Moi Drodzy, Winter is coming. Teraz aktualnie idzie wiosna, ale to nie ma znaczenia. Winter is coming, trust me.
2. Glee (6 sezonów, zakończone)
Od tej produkcji zaczęła się moja przygoda z serialami i trzeba przyznać, że gdybym zniechęciła się na samym początku i przerwała oglądanie, prawdopodobnie teraz nie oglądałabym nic, kończąc swoje życie na książkach. O czym jest Glee? O życiu. O nastolatkach - ich problemach, wątpliwościach, decyzjach i ich skutkach - poruszane są rozmaite tematy, od homoseksualności, przez narkotyki, seks, alkohol, wybór
przyszłych studiów, depresję, po kształtowanie własnej osobowości. Ktoś
negatywnie nastawiony mógłby powiedzieć, że to serial o wszystkim i o
niczym - owszem, ostatnie sezony są mocno przekombinowane, ale pierwsze odcinki są warte obejrzenia.
Czy w ogóle wspominałam, że motywem przewodnim jest szkolny chór? Nie?
No to już wspominam. Można znaleźć covery praktycznie wszystkiego, głosy
aktorów zapierają dech, a muzyka... muzyka to coś cudownego. I właśnie
dlatego chociażby warto zacząć oglądać. Dla pięknej, czystej,
niesamowitej muzyki, która zdecydowanie za często powoduje dreszcze i
łzy w oczach. W rolach głównych niezastąpieni Lea Michele i Matthew Morrison.
Oglądaliście któryś z tych seriali? Polecacie/odradzacie? Może macie inne ulubione produkcje, którymi chcielibyście się podzielić? Zapraszam do komentowania!
Pierwszy przegląd seriali już za nami, następny planuję za 2-3 tygodnie :)
Podobają się Wam takie rodzaje postów? Może wolicie same recenzje albo więcej TAG-ów? Dajcie znać!
Podobają się Wam takie rodzaje postów? Może wolicie same recenzje albo więcej TAG-ów? Dajcie znać!