Tytuł: Brak tchu
Tytuł oryginału: Coming up for Air
Autor: George Orwell
Tłumacz: Bartłomiej Zborski
Ilość: 320 stron
Wydawnictwo: Bellona
Orwell - nazwisko angielskiego pisarza z pewnością nie jest Wam obce, ponieważ jego powieści, zapisane już na kartach historii jako klasyka, wpisane są do kanonu lektur na całym świecie. Po bardzo dobrym Folwarku zwierzęcym (recenzja) i szokującym Roku 1984 (recenzja), przyszedł czas na kolejną książkę tego autora. Czy również okazała się pozytywnym zaskoczeniem?
O wiele łatwiej przychodzi nam nienawidzić ludzi, którzy są świadkiem naszego poniżenia, niż ludzi, którzy nam to poniżenie serwują.
Kiedy zaczynałam czytać Brak tchu, byłam jednocześnie podekscytowana i przerażona. Z jednej strony oczekiwałam powieści na miarę bestsellera - nazwisko Orwell zobowiązuje - z drugiej bałam się rozczarowania, które mogło mnie czekać. Poniekąd całość wyszła średnio, poniekąd zaś wybitnie. Dlaczego masz aż tak mieszane uczucia? Już spieszę z wyjaśnieniem.
Początek obiecywał wiele. Kilkanaście stron uświadomiło mi, że nie myliłam się, a Orwell po raz kolejny trafił w sam środek, niszcząc złudzenia i nie pozostawiając miejsca na wątpliwości. To autor, który dogłębnie i z brutalną szczerością przedstawia rzeczy takie, jakie są bez lukru, ozdobników i zbędnych opisów. Myślałam, że Rok 1984 jest dobry, ale Brak tchu pokazał mi, jak mało wiem o otaczającym mnie świecie i ile jeszcze muszę się nauczyć. To książka, która jednocześnie stanowi rozrywkę i poucza, bawi i stawia mądre pytania, wreszcie: tworzy czytelnika od nowa, wskazuje drogę, ale pozostawia wybór, aby było jasne, kto ma go dokonać. A przynajmniej na to wskazywał początek...
...bo im dalej w las, tym więcej drzew. Nie miałam nic przeciwko retrospekcjom bohatera, który notabene przywoływał obrazy z przeszłości bardzo naturalnie - ze szczegółami, ale interesująco. W pewnym aspekcie przypominały mi historie dziadka o wojnie, które słuchałam w dzieciństwie. Mimo to były fragmenty nużące. Niektóre małe detale rozwlekały się na kilka stron i w przypadku, gdy czytelnik był zmęczony, jak ja czytając Brak tchu po nocach, mógł nie zarejestrować kilkunastu linijek lub zwyczajnie zasnąć.
Książka składa się głównie ze wspomnień George'a Bowlinga, co znaczy, że bohatera poznajemy przez jego dzieciństwo, lata szkolne, pierwsze miłości, wojnę i dorosłość. Samą postać charakteryzuje trzeźwe myślenie, którego zaledwie śladowe ilości możemy zaobserwować w większości młodzieżówkach, obyczajówkach czy antyutopiach. Brakuje zakłamania i fałszu, jest natomiast rozsądek, samokrytycyzm i chłodna kalkulacja - George Bowling to jedna z lepiej wykreowanych postaci, o jakich miałam przyjemność czytać. Jego wady sprawiały, że był prawdziwy, nie wyidealizowany, zaś zalety zdecydowały o tym, że zyskał moją ogromną sympatię.
Brak tchu - tylko te dwa słowa są w stanie opisać moje uczucia po przeczytaniu ostatniej strony. Po części z rozczarowania, że książka się skończyła, po części z ulgi, ponieważ te mniej interesujące fragmenty zaczynały mnie męczyć. Wszystkie minusy bledną jednak przy piórze autora i wrażeniu, jakie robi na czytelniku. Czy jest to kwestia tłumacza, czy wyjątkowości Orwella? Nie mam pojęcia. Wiem natomiast, że o powieści długo nie zapomnę, a to najlepsza rekomendacja, jaką możecie ode mnie otrzymać.