piątek, 18 września 2015

080. Dziękuję za wspomnienia



Tytuł: Dziękuję za wspomnienia
Tytuł oryginału: Thanks for the memories
Autor: Cecelia Ahern
Tłumacz: Joanna Grabarek
Ilość: 320 stron
Wydawnictwo: Akurat




Cecelia Ahern to autorka, która zasłynęła z P.S. Kocham Cię (lektura wciąż przede mną) oraz Na końcu tęczy, znana szerzej jako Love, Rosie - ekranizacja tej drugiej pojawiła się jakiś czas temu i pomimo wielu zmienionych szczegółów urzekła mnie i wprawiła w dobry humor na resztę tygodnia. Wiedziona zachętami i dotychczasowymi doświadczeniami z twórczością pani Ahern, postanowiłam przeczytać kolejne jej powieści i przekonać się, czy są tak samo dobre. Czekało mnie rozczarowanie...?

Nie będę streszczać fabuły, ani rozbudowywać opisu Dziękuję za wspomnienia, ponieważ to nie tylko mija się z celem recenzji, ale grozi zaspojlerowaniem Wam pewnych znaczących fragmentów, co może Wam zepsuć radość z czytania. Zarys historii tworzy dwójka głównych bohaterów: Joyce, agentka nieruchomości - kobieta, której małżeństwo nie jest tak szczęśliwe, jak wyobrażała to sobie na początku oraz Justin, rozwiedziony ojciec, wykładowca architektury i sztuki. Jak łatwo wywnioskować, losy tych dwojga krzyżują się w pewnym ważnym momencie ich życia, tworząc tysiące pytań, z którymi musi borykać się czytelnik przez całą powieść: czy zachowanie Joyce jest normalne? Co może mieć z nim wspólnego Justin? Czy może pojawić się między nimi coś więcej? I wreszcie: czy ta historia ma szansę stać się happy endem...?

Nie wiem, ilu z Was czekało na pozytywną recenzję tej książki, ale mam nadzieję, że mniej niż połowa. Nie ukrywam, że Dziękuję za wspomnienia bardzo mnie rozczarowała. Jedną z najważniejszych rzeczy, jaką cechuje się dobry tekst literacki, to zawiązanie akcji i zainteresowanie nią czytelnika, co niestety w moim przypadku się nie sprawdziło. Nie czułam podekscytowania, nie utożsamiałam się z bohaterami, nie sprawiały mi radości ich sukcesy i nie czułam smutku, widząc ich porażki. Tutaj autorka, zupełnie jak w Love, Rosie, stopniowo buduje napięcie, ale odwlekanie właściwej fabuły i zastępowanie jej głębokimi przemyśleniami postaci bardziej mnie frustrowało i irytowało, niż intrygowało i co tu dużo mówić - przez większą część po prostu się wynudziłam.

Gdyby jeszcze chodziło o sam fakt prowadzenia fabuły, mogłabym to przeboleć i robić dobrą minę do złej gry. Otóż nie, pojawiło się bowiem coś gorszego: drętwy humor. Mogło wyjść zabawnie i ze smakiem, wyszło żenująco. Jeden na dziesięć żartów sytuacyjnych faktycznie był śmieszny, a niektóre dialogi były tak nieprawdopodobne i wymuszone, że chwilami miałam wrażenie, jakby autorka na siłę chciała wypełnić czymś rozdziały. 

Na plus zasługuje motyw, o którym niestety nie mogę opowiedzieć Wam za wiele. Pod jego wpływem główna bohaterka staje się inną, lepszą osobą i łatwiej jest mi wyobrazić ją sobie w rzeczywistości. Nie zmienia to jednak faktu, że zarówno ona, jak i Justin to jedne z najbardziej pustych postaci, jakie poznałam. Oczywiście nie przez ubytki wiedzy czy tak zwaną chorobę głupia blondynka, ale przez brak jakiejkolwiek emocjonalnej głębi. Już nawet przyjaciółki Joyce mają lepiej zarysowany charakter od niej samej.

Dziękuję za wspomnienia to książka przede wszystkim o odnajdywaniu samego siebie, o radzeniu sobie z problemami, które najczęściej określamy jako "niemożliwe do spełnienia" i o dawaniu sobie drugiej szansy. Wszystko to nie ma jednak większego znaczenia, jeśli czytanie nie sprawia nam przyjemności, a my męczymy się z bohaterami. Może powieść jest dobra, ale by zasługiwać na miano poruszającej jeszcze dużo jej brakuje. Sami zdecydujcie, czy chcecie w to wchodzić.